Face to face with a tiger
***
Godzinę później...
W budynku wytwórni pojawił się wreszcie Rafael Saint-Andre. Wyglądając jak zawsze elegancko, szedł stanowczym i spokojnym krokiem w stronę windy prowadzącej bezpośrednio na najwyższe piętro i do holu jego gabinetu. Jednak ten spokój i opanowanie to były tylko pozory, bo w duszy skakał właśnie i biegał po łące z radości. Każde spotkanie z Arianną tak na niego działało. Zdawał sobie sprawę, że zachowuje się jak zakochany smarkacz, ale nie potrafił i nie chciał nic na to poradzić, ta dziewczyna była jego całym światem.
W budynku wytwórni pojawił się wreszcie Rafael Saint-Andre. Wyglądając jak zawsze elegancko, szedł stanowczym i spokojnym krokiem w stronę windy prowadzącej bezpośrednio na najwyższe piętro i do holu jego gabinetu. Jednak ten spokój i opanowanie to były tylko pozory, bo w duszy skakał właśnie i biegał po łące z radości. Każde spotkanie z Arianną tak na niego działało. Zdawał sobie sprawę, że zachowuje się jak zakochany smarkacz, ale nie potrafił i nie chciał nic na to poradzić, ta dziewczyna była jego całym światem.
Nie przeszkadzał
mu w tym nawet fakt, że doskonale wiedział o kłamstwach Arianny.
Co było do przewidzenia, znów wtykała nos w jakieś z daleka
śmierdzące sprawy i wspólnie z tym swoim redakcyjnym kumplem Mikem
szukała sensacji. I oczywiście pomagał im (a dokładnie jej) ten
cholerny detektyw Newman. I oczywiście jak zawsze bezinteresownie.
Rafaela krew nagła
zalewała na samą myśl o Adamie Newmanie. Nie podobało mu się,
że kręci się wokół Arianny. Chociaż próbował wmawiać sobie,
że nie lubi go przede wszystkim dlatego, że to on rok temu wciągnął
Arię w ten cały pasztet, to prawda była zupełnie inna. Sant-Andre
widział w detektywie konkurenta. Newman zdecydowanie czuł coś do
jego dziewczyny. I chociaż Aria mogła udawać, że tego nie
widzi, to Rafael wiedział swoje. Młody i przystojny detektyw był
na każde zawołanie Arii. Przynosił jej materiały na artykuły,
jeździł z nią na obserwacje. A przede wszystkim podzielał
chorobliwą wścibskość dziewczyny, nie widział w niej nic złego
i niebezpiecznego (dla niej samej) i pomagał wyszukiwać coraz to
bardziej śmierdzące historie. Do niego też Arianna biegła po
pomoc za każdym razem kiedy Rafael nie mógł czegoś dla niej
zrobić (chociaż bóg mu świadkiem, że czasem stawał na rzęsach,
żeby tylko jego ukochana nie poszła do tego pożal się boże
detektywa).
Niestety, taka już
była Aria. Nie zważała na własne bezpieczeństwo i pakowała
się notorycznie w kłopoty. Ostatnie z nich prawie przypłacając
życiem. Wspólnie z Mikem i Adamem była już praktycznie jedną nogą na tamtym świecie i to na własne życzenie.
To wszystko
doprowadziło Rafaela do ostateczności. Podjął bardzo drastyczne
kroki. Założył Ariannie ogon. I chociaż czuł się z tym jak
ostatnia świnia - w końcu szpiegował własną dziewczynę. To
jednocześnie czuł też ulgę. Od czasu gdy Aria wróciła
do pracy w redakcji podczas każdego opuszczenia domu towarzyszą
jej, ukryci w bezpiecznej odległości, ochroniarze. To od nich
Sant-Andre dowiedział się, że panna Keller wcale nie jeździ na
konferencje do ratusza, ani nie siedzi bezpiecznie na dyżurze w
redakcji,a wręcz przeciwnie. Szlaja się po mieście w poszukiwaniu
jakich typów spod ciemnej gwiazdy.
Początkowo po
usłyszeniu tych rewelacji Rafael szalał ze złości, zamierzał rozmówić
się z Arianną jeszcze tego samego dnia, powiedzieć jej, że wie o
wszystkim. Jednak później ochłonął i zaczął myśleć
logiczniej. Jeśli powie Arii o ogonie jaki jej założył dziewczyna
się wścieknie, nie zrozumie troski Rafaela o jej zdrowie i życie i
odwróci wszystko tak, że to on będzie musiał się tłumaczyć i
przepraszać. Mało tego, znajdzie jakiś sposób, by ominąć
ochronę i nadal zajmować się tym samym, lub co gorsze, odejdzie od
niego, ale tym razem na dobre.Tego ostatniego Rafael by nie zniósł. Ok, przerabiali to już kilka razy, to prawda, ale z każdym kolejnym Sant-Andre przechodził to wszystko gorzej. I nie miał zamiaru dopuścić do tego jeszcze raz. Tak samo jak nie miał ochoty oglądać po raz drugi nieprzytomnej Arianny podłączonej do aparatury podtrzymującej życie i zastanawiać się, czy jeszcze kiedyś popatrzy w oczy kobiecie, którą kocha nad życie. Tak, kochał ją i wszystko co robił robił właśnie z tego powodu. Nawet jeśli nie było do końca uczciwe.
W drodze powrotnej
z lunchu zaczął myśleć o leżącym od roku w jego sejfie
diamentowym pierścionku zaręczynowym. Kupił go przed tymi
dramatycznymi wydarzeniami, kiedy wszystko jeszcze układało się
dobrze. Chociaż podobnie jak Arianna nigdy nie był zwolennikiem
małżeństw, wtedy właśnie poczuł, że to odpowiedni moment.
Zaczął planować oświadczyny, ale przeszkodził mu ten szaleniec
próbujący pozbyć się z tego świata jego stanowczo zbyt
wścibskiej dziewczyny. Teraz na powrót zaczął o tym myśleć. Czy Aria by się zgodziła? Czy powiedziałaby "tak"? Czy może wyśmiałaby go i kazała spadać na drzewo? Cholera, z Arianną nigdy nie było wiadomo czego się spodziewać.
Wysiadając z windy Rafael zmuszony był odłożyć na bok prywatne rozmyślania i powrócić do korporacyjnej szarej rzeczywistości. Właściwie patrząc na obrazek malujący się przed jego oczyma w holu biura musiał przyznać, że rzeczywistość wcale nie była taka szara. Właściwie była całkiem zabawna i tylko ogromną siłą woli powstrzymywał się przed parsknięciem śmiechem. Na skórzanych fotelach stojących w holu siedzieli Jared Leto i jego asystentka. Odwróceni do siebie tyłem, ze skrzyżowanymi na piersiach rękami i obrażonymi minami wyglądali przekomicznie. Jak dwoje pięciolatków kłócących się o wiaderko i łopatkę w piaskownicy. Absurdu całej sytuacji dodawał ich wygląd. Leto miał na sobie chyba to samo ubranie co wczoraj, tyle tylko że zmięte i przepocone, włosy w nieładzie, podbite około i spuchniętą i rozciętą wargę. Jego asystentka też nie wyglądała olśniewająco. Włosy na głowie miała zaplątane w jakąś dziwną konstrukcję, która wyglądała jakby lada moment miała się rozpaść. Dodatkowo ubrana była w za duży, rozciągnięty sweter i sprane jeansy z dziurą na kolanie. Na tle elegancko urządzonego sekretariatu prezesa wyglądali obydwoje bardzo nie na miejscu. Na rzucone w ich stronę "dzień dobry" poderwali się oboje.
- Wybaczcie, że musieliście czekać. - powiedział zanim zdążyli się do niego odezwać - miałem coś bardzo ważnego do załatwienia. Zapraszam do gabinetu.
Ruszył w stronę podwójnych drzwi, w ostatniej chwili zatrzymał się przepuścił przez nie Emmę i wskazując jej i Leto miejsce na przeciwko biurka ruszył do swojego fotela. Idąc za Ludbrook lustrował jej figurę. Wczoraj nie przywiązał zbyt dużej uwagi do jej wyglądu, a dzisiaj stwierdził że niewiele wczoraj stracił. Ukrywała szczupłą sylwetkę pod za dużymi, niedopasowanymi ubraniami, chociaż pewnie gdyby się postarała mogłaby wyglądać całkiem całkiem... Zupełnie nieproszona w jego głowie pojawiła się myśl, że w takim samym zestawie jaki ma teraz na sobie Emma, jego Arianna wyglądała by jak uosobienie kobiecej seksualności. Ale nie, nie czas zapuszczać się w te rejony, weź się do roboty Sant-Andre.
- Zapewne domyślacie się czemu was tu wezwałem - powiedział, siadając za biurkiem.
- No właśnie nie mamy pojęcia - rzucił gniewnie Leto.
- Nie macie pojęcia? - głos Rafaela był niepokojąco spokojny - To może ja wam wyjaśnię - dodał zgryźliwie wstając z fotela, w którym dopiero co zdążył usiąść. Obchodząc go wziął z biurka stos dzisiejszych gazet i rzucił je Leto na kolana. - Tylko pierwsze strony, nie musisz szukać daleko.
Opierając się o swoje biurko patrzył jak Jared przegląda gazety. Wszystkie na pierwszych stronach informowały o tym samym. Aresztowaniu Jareda Leto. Co ciekawe, nie były to plotkarskie magazyny, a szanujące się dzienniki opiniotwórcze. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu każdy z nich uznał aresztowanie idola nastolatek za informację godną pierwszej strony. Właściwie to dla Rafaela nie był to niewyjaśniony powód. W większości artykułów rozwodzono się właśni nad tym, że Leto poszedł w tango zaraz po wyjściu ze spotkania z nowym prezesem wytwórni.
Czy pan prezes Sant-Andre pozwala a takie ekscesy? Czy to dla niego niewybredny sposób promocji swoich gwiazd? Co na to wszystko jego ojciec, szanowany biznesmen? Jak cała ta sprawa wpłynie na notowania wytwórni i pozostałych spółek należących do Consorcium Sant-Andre?
To wszystko wkurwiało Rafaela. Nie mógł pozwolić na coś takiego w swojej firmie i zamierzał teraz poważnie rozmówić się z Leto. To się nie może powtórzyć i on musi o tym wiedzieć. Najchętniej Rafael wywaliłby go na zbity pysk, urządził pokazówkę, aby reszta jego podopiecznych wiedziała, że takie zachowanie jest niedopuszczalne, ale musiał myśleć jak biznesmen. Leto i jego zespól przynosili firmie zbyt duże dochody, żeby tak po prostu się go pozbyć. Trzeba go tylko ustawić i pokazać kto tu jest górą.
Sant-Andre przeniósł spojrzenie na asystentkę Leto. Patrzyła wokaliście przez ramię, czytając nagłówki gazet i z każdym kolejnym robiła się coraz bardziej blada na twarzy. Nie, właściwie ona nie była biała, ona była szara. Przez moment Rafael bał się, ze dziewczyna zaraz zemdleje. Leto rzucił stos gazet na podłogę obok swojego fotela i spojrzał na Sant-Andre.
- Nadal nie rozumiem o co chodzi. - powiedział uparcie - To co robię w wolnym czasie to moja własna sprawa. Poza tym, to nie ja zacząłem bójkę, to nie była moja wina.
- Nie obchodzi mnie czy to była Twoja wina, czy nie - warknął zimno Sant-Andre - w dupie mam co robisz w wolnym czasie, w dupie mam kto zaczął i kto kogo pierwszy szturchnął w tłumie. W dupie mam nawet to, że spędziłeś noc w więzieniu.
- Więc o co Ci kurwa chodzi - warknął Jared, wstając z fotela i patrząc wściekle na Rafaela. Zaraz pożałował tego ruchu bo Sant-Andre również się wyprostował, podszedł do Leto. Był od niego wyższy i lepiej zbudowany więc górował nad nim swoją sylwetką. Popatrzył na niego z pogardą i powiedział
- O to mi kurwa chodzi, że ten cały syf wpływa na wizerunek mojej firmy a w szczególności wytwórni, która jak mówiłem Wam wczoraj, niedługo zadebiutuje na giełdzie. - wycedził Sant Andre - Nie pozwolę spierdolić miesięcy starań kilkudziesięciu osób, takim wybrykiem. Ostatnie czego teraz potrzebujemy to czarny PR i wycieranie bruku nazwiskiem mojej rodziny.
- To nie moje wina, że - zaciął się Jared. Nie słyszał wczoraj nic o giełdzie, ale przyznać trzeba, że i nie słuchał zbyt uważnie.
- Oczywiście, że Twoja. - przerwał mu Sant-Andre - Od tygodnia jesteś w tym biznesie? Nie wiesz co masz zrobić, żeby takie rzeczy nie trafiły do mediów?
- a co Twoim zdaniem mogłem zrobić siedząc w celi, bez telefonu, skuty kajdankami ?
- Po pierwsze, nie przypominam sobie żebyśmy byli po imieniu, pamiętaj z kim rozmawiasz - warknął Sant-Andre - po drugie, chyba pozwolili Ci wykonać telefon?
- tak, zadzwoniłem do Emmy, ale ona ... - urwał Jared, mimo wszystko nie chciał wrobić Emmy.
- Ale ona co? - Sant-Andre przeniósł arktyczne spojrzenie na Ludbrook, która (jeśli to było w ogóle możliwe) zbladła jeszcze bardziej.
- ja... - wyjąkała - ja... Pomyślałam, że to jakiś głupi żart. Powiedziałam Jaredowi, że przyjadę po niego rano i się rozłączyłam. Jak wstałam rano... To już wszędzie było o tym głośno. -wydukała Emma.
Młodszy Leto z przerażeniem zdał sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu widzi Emme w takim stanie. Ludbrook słynęła z opanowania i ogromnych zapasów zimnej krwi, nawet w najbardziej kryzysowych sytuacjach nie traciła rezonu. Dla każdego problemu potrafiła znaleźć rozwiązanie, każdego umiała przegadać. Teraz nagle wyglądała jakby miała stan przedzawałowy i nie potrafiła zlokalizować ośrodka w mózgu odpowiedzialnego za logiczne myślenie. Gapiła się tylko tępo w niego i Sant-Andre i przełykała nerwowo ślinę.
Rafael natomiast patrzył na blondynkę w osłupieniu. Wczoraj wydała mu się rozsądną, rzeczową (trochę nazbyt zdenerwowaną, ale przyzwyczaił się już do takich reakcji) kobietą, która zna ten biznes na wylot. Wydawała się być głową całego tego letowego bałaganu. Niemożliwe, żeby aż tak się pomylił. Jak mogła być taka głupia i bezmyślna? Przez chwilę nie wiedział nawet co powiedzieć, nie chciał na nią zwyczajnie nawrzeszczeć, nie mógł tego zrobić. Nie była jego pracownikiem, zatrudniał ją Leto.
- Wiedz, że gdybyś pracowała dla mnie, nie miałabyś już pracy - rzucił chłodno w jej stronę.
- Emma, nie jest... - zaczął Leto, ale Sant-Andre mu przerwał.
- Wiem kim Emma nie jest, nie martw się - warknął. - ok, skoro oboje jesteście tacy beztroscy. Podjąłem dziś odpowiednie decyzje. - Rafael znów ruszył w stronę swojego biurka. - Mam dla Was nowy kontrakt.
- Nie możesz wprowadzić zmian w kontrakcie w trakcie jego trwania - powiedział pewnie Leto.
- Mogę - Sant-Andre nie podniósł nawet głowy. Przeszukiwał właśnie górną szufladę swojego biurka.
- Nie możesz - Jared upierał się przy swoim.
- Mogę. - Rafael wyprostował się i posłał mu wredny uśmiech.
- Jakim niby prawem? - Wokalista odrobinę spuścił z tonu, pewność siebie prezesa była podejrzana.
- Takim prawem, że kupiłem Was wszystkich razem z tą wytwórnią i mogę w niej wszystko. - Wycedził szorstko, rozpierając się nonszalancko w swoim fotelu.
- Umowa zakupu wytwórni, daje nowemu prezesowi możliwość renegocjowania kontraktów, jeśli uzna że są niekorzystne dla wytwórni - odezwała się nagle Emma, recytując z pamięci jeden z punktów nowego regulaminu wytwórni. Obaj mężczyźni spojrzeli w jej stronę.
- Dokładnie - odpowiedział Sant-Andre. Panna Ludbrook jednak przeczytała nowy regulamin. - A jak widać na załączonych obrazkach - powiedział rzucając pogardliwe spojrzenie w stronę stosu gazet leżących na podłodze - Wy jesteście bardzo niekorzystni. - Sant Andre mówił wolno i dobitnie. - Dlatego też, mam dla Was nową umowę. - pchnął w stronę Leto szarą teczkę z logo wytwórni.
Jared znalazł w niej dwie kopie umowy. Jedną podał Emmie, a drugą sam zaczął przeglądać. Po kilku minutach czytania podniósł wzrok na prezesa Sant-Andre, który ze stoickim spokojem siedział w swoim fotelu .
- To są kurwa jakieś jaja - wokalista nie wierzył w to co przed chwilą przeczytał.
- Nie, to jest Wasza nowa umowa - Cyniczny uśmiech nie schodził z twarzy prezesa.
- Ja tego nie podpiszę - Leto odepchnął od siebie teczkę z umową jakby ta miała go co najmniej ukąsić.
- A to niby czemu? - Sant-Andre podniósł brwi w udawanym zdziwieniu. Ten dupek się tym wszystkim dobrze bawi. Pomyślał Jared.
- Zmniejszyłeś nasze dochody prawie o połowę. - Ty wredny chuju. Chciał dodać, ale w porę ugryzł się w język.
- Zastosowałem klauzę bezpieczeństwa. - Rafael oparł łokcie na krawędzi biurka i podparł brodę dwoma palcami - Jesteście dla wytwórni kosztowni, wiec potrzebujecie prawnika, a także pracownika, który będzie pilnował żeby wszystko działało zgodnie z zasadami wytwórni. Ich pensja będzie potrącana z zarobionych przez was pieniędzy. - Znów ten cyniczny uśmiech.
- Nie potrzebujemy nikogo takiego - szybko odpowiedział Leto.
Wysiadając z windy Rafael zmuszony był odłożyć na bok prywatne rozmyślania i powrócić do korporacyjnej szarej rzeczywistości. Właściwie patrząc na obrazek malujący się przed jego oczyma w holu biura musiał przyznać, że rzeczywistość wcale nie była taka szara. Właściwie była całkiem zabawna i tylko ogromną siłą woli powstrzymywał się przed parsknięciem śmiechem. Na skórzanych fotelach stojących w holu siedzieli Jared Leto i jego asystentka. Odwróceni do siebie tyłem, ze skrzyżowanymi na piersiach rękami i obrażonymi minami wyglądali przekomicznie. Jak dwoje pięciolatków kłócących się o wiaderko i łopatkę w piaskownicy. Absurdu całej sytuacji dodawał ich wygląd. Leto miał na sobie chyba to samo ubranie co wczoraj, tyle tylko że zmięte i przepocone, włosy w nieładzie, podbite około i spuchniętą i rozciętą wargę. Jego asystentka też nie wyglądała olśniewająco. Włosy na głowie miała zaplątane w jakąś dziwną konstrukcję, która wyglądała jakby lada moment miała się rozpaść. Dodatkowo ubrana była w za duży, rozciągnięty sweter i sprane jeansy z dziurą na kolanie. Na tle elegancko urządzonego sekretariatu prezesa wyglądali obydwoje bardzo nie na miejscu. Na rzucone w ich stronę "dzień dobry" poderwali się oboje.
- Wybaczcie, że musieliście czekać. - powiedział zanim zdążyli się do niego odezwać - miałem coś bardzo ważnego do załatwienia. Zapraszam do gabinetu.
Ruszył w stronę podwójnych drzwi, w ostatniej chwili zatrzymał się przepuścił przez nie Emmę i wskazując jej i Leto miejsce na przeciwko biurka ruszył do swojego fotela. Idąc za Ludbrook lustrował jej figurę. Wczoraj nie przywiązał zbyt dużej uwagi do jej wyglądu, a dzisiaj stwierdził że niewiele wczoraj stracił. Ukrywała szczupłą sylwetkę pod za dużymi, niedopasowanymi ubraniami, chociaż pewnie gdyby się postarała mogłaby wyglądać całkiem całkiem... Zupełnie nieproszona w jego głowie pojawiła się myśl, że w takim samym zestawie jaki ma teraz na sobie Emma, jego Arianna wyglądała by jak uosobienie kobiecej seksualności. Ale nie, nie czas zapuszczać się w te rejony, weź się do roboty Sant-Andre.
- Zapewne domyślacie się czemu was tu wezwałem - powiedział, siadając za biurkiem.
- No właśnie nie mamy pojęcia - rzucił gniewnie Leto.
- Nie macie pojęcia? - głos Rafaela był niepokojąco spokojny - To może ja wam wyjaśnię - dodał zgryźliwie wstając z fotela, w którym dopiero co zdążył usiąść. Obchodząc go wziął z biurka stos dzisiejszych gazet i rzucił je Leto na kolana. - Tylko pierwsze strony, nie musisz szukać daleko.
Opierając się o swoje biurko patrzył jak Jared przegląda gazety. Wszystkie na pierwszych stronach informowały o tym samym. Aresztowaniu Jareda Leto. Co ciekawe, nie były to plotkarskie magazyny, a szanujące się dzienniki opiniotwórcze. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu każdy z nich uznał aresztowanie idola nastolatek za informację godną pierwszej strony. Właściwie to dla Rafaela nie był to niewyjaśniony powód. W większości artykułów rozwodzono się właśni nad tym, że Leto poszedł w tango zaraz po wyjściu ze spotkania z nowym prezesem wytwórni.
Czy pan prezes Sant-Andre pozwala a takie ekscesy? Czy to dla niego niewybredny sposób promocji swoich gwiazd? Co na to wszystko jego ojciec, szanowany biznesmen? Jak cała ta sprawa wpłynie na notowania wytwórni i pozostałych spółek należących do Consorcium Sant-Andre?
To wszystko wkurwiało Rafaela. Nie mógł pozwolić na coś takiego w swojej firmie i zamierzał teraz poważnie rozmówić się z Leto. To się nie może powtórzyć i on musi o tym wiedzieć. Najchętniej Rafael wywaliłby go na zbity pysk, urządził pokazówkę, aby reszta jego podopiecznych wiedziała, że takie zachowanie jest niedopuszczalne, ale musiał myśleć jak biznesmen. Leto i jego zespól przynosili firmie zbyt duże dochody, żeby tak po prostu się go pozbyć. Trzeba go tylko ustawić i pokazać kto tu jest górą.
Sant-Andre przeniósł spojrzenie na asystentkę Leto. Patrzyła wokaliście przez ramię, czytając nagłówki gazet i z każdym kolejnym robiła się coraz bardziej blada na twarzy. Nie, właściwie ona nie była biała, ona była szara. Przez moment Rafael bał się, ze dziewczyna zaraz zemdleje. Leto rzucił stos gazet na podłogę obok swojego fotela i spojrzał na Sant-Andre.
- Nadal nie rozumiem o co chodzi. - powiedział uparcie - To co robię w wolnym czasie to moja własna sprawa. Poza tym, to nie ja zacząłem bójkę, to nie była moja wina.
- Nie obchodzi mnie czy to była Twoja wina, czy nie - warknął zimno Sant-Andre - w dupie mam co robisz w wolnym czasie, w dupie mam kto zaczął i kto kogo pierwszy szturchnął w tłumie. W dupie mam nawet to, że spędziłeś noc w więzieniu.
- Więc o co Ci kurwa chodzi - warknął Jared, wstając z fotela i patrząc wściekle na Rafaela. Zaraz pożałował tego ruchu bo Sant-Andre również się wyprostował, podszedł do Leto. Był od niego wyższy i lepiej zbudowany więc górował nad nim swoją sylwetką. Popatrzył na niego z pogardą i powiedział
- O to mi kurwa chodzi, że ten cały syf wpływa na wizerunek mojej firmy a w szczególności wytwórni, która jak mówiłem Wam wczoraj, niedługo zadebiutuje na giełdzie. - wycedził Sant Andre - Nie pozwolę spierdolić miesięcy starań kilkudziesięciu osób, takim wybrykiem. Ostatnie czego teraz potrzebujemy to czarny PR i wycieranie bruku nazwiskiem mojej rodziny.
- To nie moje wina, że - zaciął się Jared. Nie słyszał wczoraj nic o giełdzie, ale przyznać trzeba, że i nie słuchał zbyt uważnie.
- Oczywiście, że Twoja. - przerwał mu Sant-Andre - Od tygodnia jesteś w tym biznesie? Nie wiesz co masz zrobić, żeby takie rzeczy nie trafiły do mediów?
- a co Twoim zdaniem mogłem zrobić siedząc w celi, bez telefonu, skuty kajdankami ?
- Po pierwsze, nie przypominam sobie żebyśmy byli po imieniu, pamiętaj z kim rozmawiasz - warknął Sant-Andre - po drugie, chyba pozwolili Ci wykonać telefon?
- tak, zadzwoniłem do Emmy, ale ona ... - urwał Jared, mimo wszystko nie chciał wrobić Emmy.
- Ale ona co? - Sant-Andre przeniósł arktyczne spojrzenie na Ludbrook, która (jeśli to było w ogóle możliwe) zbladła jeszcze bardziej.
- ja... - wyjąkała - ja... Pomyślałam, że to jakiś głupi żart. Powiedziałam Jaredowi, że przyjadę po niego rano i się rozłączyłam. Jak wstałam rano... To już wszędzie było o tym głośno. -wydukała Emma.
Młodszy Leto z przerażeniem zdał sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu widzi Emme w takim stanie. Ludbrook słynęła z opanowania i ogromnych zapasów zimnej krwi, nawet w najbardziej kryzysowych sytuacjach nie traciła rezonu. Dla każdego problemu potrafiła znaleźć rozwiązanie, każdego umiała przegadać. Teraz nagle wyglądała jakby miała stan przedzawałowy i nie potrafiła zlokalizować ośrodka w mózgu odpowiedzialnego za logiczne myślenie. Gapiła się tylko tępo w niego i Sant-Andre i przełykała nerwowo ślinę.
Rafael natomiast patrzył na blondynkę w osłupieniu. Wczoraj wydała mu się rozsądną, rzeczową (trochę nazbyt zdenerwowaną, ale przyzwyczaił się już do takich reakcji) kobietą, która zna ten biznes na wylot. Wydawała się być głową całego tego letowego bałaganu. Niemożliwe, żeby aż tak się pomylił. Jak mogła być taka głupia i bezmyślna? Przez chwilę nie wiedział nawet co powiedzieć, nie chciał na nią zwyczajnie nawrzeszczeć, nie mógł tego zrobić. Nie była jego pracownikiem, zatrudniał ją Leto.
- Wiedz, że gdybyś pracowała dla mnie, nie miałabyś już pracy - rzucił chłodno w jej stronę.
- Emma, nie jest... - zaczął Leto, ale Sant-Andre mu przerwał.
- Wiem kim Emma nie jest, nie martw się - warknął. - ok, skoro oboje jesteście tacy beztroscy. Podjąłem dziś odpowiednie decyzje. - Rafael znów ruszył w stronę swojego biurka. - Mam dla Was nowy kontrakt.
- Nie możesz wprowadzić zmian w kontrakcie w trakcie jego trwania - powiedział pewnie Leto.
- Mogę - Sant-Andre nie podniósł nawet głowy. Przeszukiwał właśnie górną szufladę swojego biurka.
- Nie możesz - Jared upierał się przy swoim.
- Mogę. - Rafael wyprostował się i posłał mu wredny uśmiech.
- Jakim niby prawem? - Wokalista odrobinę spuścił z tonu, pewność siebie prezesa była podejrzana.
- Takim prawem, że kupiłem Was wszystkich razem z tą wytwórnią i mogę w niej wszystko. - Wycedził szorstko, rozpierając się nonszalancko w swoim fotelu.
- Umowa zakupu wytwórni, daje nowemu prezesowi możliwość renegocjowania kontraktów, jeśli uzna że są niekorzystne dla wytwórni - odezwała się nagle Emma, recytując z pamięci jeden z punktów nowego regulaminu wytwórni. Obaj mężczyźni spojrzeli w jej stronę.
- Dokładnie - odpowiedział Sant-Andre. Panna Ludbrook jednak przeczytała nowy regulamin. - A jak widać na załączonych obrazkach - powiedział rzucając pogardliwe spojrzenie w stronę stosu gazet leżących na podłodze - Wy jesteście bardzo niekorzystni. - Sant Andre mówił wolno i dobitnie. - Dlatego też, mam dla Was nową umowę. - pchnął w stronę Leto szarą teczkę z logo wytwórni.
Jared znalazł w niej dwie kopie umowy. Jedną podał Emmie, a drugą sam zaczął przeglądać. Po kilku minutach czytania podniósł wzrok na prezesa Sant-Andre, który ze stoickim spokojem siedział w swoim fotelu .
- To są kurwa jakieś jaja - wokalista nie wierzył w to co przed chwilą przeczytał.
- Nie, to jest Wasza nowa umowa - Cyniczny uśmiech nie schodził z twarzy prezesa.
- Ja tego nie podpiszę - Leto odepchnął od siebie teczkę z umową jakby ta miała go co najmniej ukąsić.
- A to niby czemu? - Sant-Andre podniósł brwi w udawanym zdziwieniu. Ten dupek się tym wszystkim dobrze bawi. Pomyślał Jared.
- Zmniejszyłeś nasze dochody prawie o połowę. - Ty wredny chuju. Chciał dodać, ale w porę ugryzł się w język.
- Zastosowałem klauzę bezpieczeństwa. - Rafael oparł łokcie na krawędzi biurka i podparł brodę dwoma palcami - Jesteście dla wytwórni kosztowni, wiec potrzebujecie prawnika, a także pracownika, który będzie pilnował żeby wszystko działało zgodnie z zasadami wytwórni. Ich pensja będzie potrącana z zarobionych przez was pieniędzy. - Znów ten cyniczny uśmiech.
- Nie potrzebujemy nikogo takiego - szybko odpowiedział Leto.
- Serio? - Sant-Andre prawie otwarcie się zaśmiał.
- To co się wydarzyło wczoraj to się więcej nie powtórzy. - Irytacja powoli zaczynała brać górę nad wokalistą.
- A skąd ja mam mieć taką pewność? - W przeciwieństwie do niego, Sant-Andre był ciągle tak samo opanowany.
- Bo ja ci to mówię - warknął Leto.
- Za braciszka też ręczysz? - zapytał prezes zgryźliwie.
- A co on ma do tego? - wzmianka o Shannonie przypomniała Jaredowi ich niezbyt przyjemną rozmowę.
- Wczoraj dwa razy była u niego policja, sąsiedzi skarżyli się na zbyt głośną imprezę - usłyszał w odpowiedzi.
- A skąd Ty to niby wiesz? - Jared zastanawiał się, czy jego brak też przy pakiem nie został wczoraj bohaterem kilku krzykliwych nagłówków w gazetach.
- Ja wiem wszystko.- Sant-Andre znów wstał zza swojego biurka i podszedł do Leto.- Kichniesz, a ja się o tym dowiem.
-ekhem... przepraszam... prawnik i pracownik to jedno, ale przecież oni nie zarobią rocznie połowy naszych dochodów z trasy - odezwała się nagle Emma - o co chodzi z podziałem kosztów pobytu w trasie i zmniejszeniem funduszu promocyjnego? - zapytała podnosząc głowę znad umowy, którą zdawała się studiować dokładniej niż Jared.
- Przejrzałem wasze wydatki, jesteście trochę zbyt rozrzutni. - odpowiedział jej Rafael.
- W czym niby? - wtrącił się Leto.
- A wy tym na przykład, że cała, prawie 50 osobowa ekipa pracująca w trasie nie musi być zakwaterowana w Hilltonie. Tak samo jak fundusz promocyjny nie pokrywa zakupu spodni od Dolce&Gabbana, które ceną mogą się równać dobrej klasy samochodowi .
- O czym Ty mówisz? - zapytał wokalista, chociaż doskonale wiedział o co chodzi.
- O tym, że skończyło się żerowanie na wytwórni i życie na jej koszt. Każdy wydany przez Was dolar będzie dokładnie obejrzany, już ja się o to postaram. Będziecie musieli zacisnąć pasa.
- To jest niedorzeczne.
- Nie, to jest ekonomia.
- Ja tego nie podpiszę.
- Zrobisz jak zechcesz, ale wiedz, że jeśli nie podpiszesz tego kontraktu to będzie równoznaczne z zwieraniem współpracy - powiedział prosto Sant-Andre.
- No i kurwa dobrze, znajdziemy sobie inna wytwórnię. - Jared nie widział w tym żadnego problemu.
- Tak Ci się tylko wydaje.
- Słucham?
- Wydaje ci się, ze coś tam znaczysz w tym biznesie, ale się grubo mylisz. Jedno moje słowo i jesteś skończony. Zrywasz kontrakt ze mną i żadna inna wytwórnia cie nie przyjmie, stracisz wszystkich pracujących dla Ciebie w trasie ludzi i nie tylko to. - Po raz pierwszy tego dnia wypowiedziane przez Rafaela słowa zabrzmiały jak autentyczna groźba.
- Co ty pierdolisz, jestem... - odezwał się zaszokowany wokalista.
- Beze mnie i mojej firmy jesteś nikim. Za to ja jestem bardzo wpływowym człowiekiem. Mogę zakończyć twoją karierę jednym telefonem. - Groźba w jego słowach była jeszcze bardziej widoczna.
- Nie zastraszysz mnie
- Ja cie nie straszę, ja stwierdzam fakty - odpowiedział chłodno Sant-Andre.
- Żebym ja ci czasem tymi faktami nie naprostował tej ładnej buźki - Jaredowi ostatecznie puściły nerwy. Zerwał się z krzesła gotów zakończyć to wszystko siłą.
- Juz wczoraj udowodniłeś, że nawet w ten sposób nie potrafisz spraw załatwiać - zaśmiał się Rafael podchodząc do niego.
-Ty... - Leto już prawie zakasywał rękawy do walki.
- Chcesz wrócić do celi? - wycedził Sant-Andre - Tym razem na dłużnej?
- Spokojnie, spokojnie. - Emma poderwała się w porę ze swojego krzesła - Panie Sant-Andre, musimy ten kontrakt jeszcze przeanalizować, rozumie pan, nie możemy go tak od razu podpisać, musimy się skontaktować z ....
- Z nikim się nie będziemy kontaktować, ja się nie pozwolę okradać! - przerwał jej Leto.
- Jared zamknij się i wyjdź. - Emma nawet nie spojrzała w jego stronę. Tylko ręką wskazała mu drzwi.
- Słucham? - Jared oniemiał.
- Powiedziałam zamknij się i wyjdź. - powiedziała tym razem odwracając się i patrząc mu prosto w oczy. - Idź ochłoń na korytarzu. - Dodała spokojnie.
- Emma, co Ty... - Leto nadał był osłupiały. Jego asystentka nigdy się tak nie zachowywała.
- Wypierdalaj stąd kurwa w tej chwili, zanim zrobię Ci jakaś fizyczna krzywdę! - wrzasnęła Ludbrook wskazując Jaredowi drzwi.
Rafael za to po raz drugi tego dnia patrzył na Emmę w osłupieniu. Tak kobieta to dopiero miała huśtawki nastrojów. Od stanów lękowych po wybuchy złości. Ale przyznać musiał, że wykrzyczała do Leto to samo co chciał mu powiedzieć sam Sant-Andre. Boże jaką on miał ochotę mu zwyczajnie po męsku przyjebać! Patrzył teraz jak osłupiały muzyk wychodzi z jego gabinetu. Kiedy zatrzasnęły się za nim podwójne drzwi prezes przeniósł swoją uwagę z powrotem na Emmę. Ukryła na chwilę twarz w dłoniach, po czym przetarła rękami oczy i trzymając się na głowę popatrzyła na Rafaela.Widać było, że próbuje zebrać myśli i zapanować nas samą sobą.
- Przepraszam, to się wszystko... to jest jedna wielka pomyłka. A Jared wcale tego nie ułatwia.
- Rozumiem - powiedział ostrożnie Sant-Andre, przyglądając się z zainteresowaniem dziewczynie. Ciekawy był co dalej się wydarzy.
Jared nie zamierzał stać bezczynnie na korytarzu wytwórni. Nie zaszczycając zdziwionej Brook nawet przelotnym spojrzeniem opuścił najpierw sekretariat prezesa, a potem budynek wytwórni. Ruszył w stronę stojącego na parkingu samochodu Emmy, ale w połowie drogi zawrócił, skierował swoje kroki do niedalekiego sklepiku, gdzie zaopatrzył się w paczkę papierosów i zapalniczkę. Dopiero wtedy wrócił na parking. Opierając się o samochód Emmy, palił papierosa błogosławiąc drapiący dym wypełniający jego płuca i faktycznie uspokajający go. Kończył już chyba trzeciego papierosa, gdy na parkingu wreszcie pojawiła się Ludbrook. Szła szybko w jego stronę, rozmawiając przez komórkę. Kiedy podeszła bliżej, usłyszał, że w prędkością karabinu maszynowego wydaje komuś po drugiej stronie polecenia. Chciał się do niej odezwać, ale podniosła tylko rękę uciszając go. Zamilkł w pół słowa.
- Wyrzuć to gówno i wsiadaj do auta - rzuciła tylko do niego, odblokowując samochód i wracając do rozmowy. Zaszokowany Leto obszedł auto i usiadł z przodu na siedzeniu pasażera, to było jego stałe miejsce w samochodzie Emmy. Kilka chwil później wsiadła i ona.
- Em, co się do cholery dzieje? - powiedział Leto do blondynki.
- Jest coś o czym nie wiesz - zaczęła Emma, odpalając jednocześnie samochód - przed naszym pierwszym spotkaniem z prezesem zrobiłam mały research na jego temat.
- I ?
- I z tego co udało mi się znaleźć na parę minut przed spotkaniem wynika, że on faktycznie może być tak wpływowy jak mówi.
- co?
- Posłuchaj, firma jego i jego ojca ma udziały w kilku wytwórniach, kilku telewizjach muzycznych w różnych krajach świata kilku radiach i gazetach. Głównie w Europie i Stanach, ale nie tylko. Oprócz tego mają zewnętrzną firmę, która zajmuje się managementem muzycznym, pr, reklamą, logistyką, social media, generalnie wszystkim co potrzebne artystom. Z jej usług korzystają praktycznie wszystkie wytwórnie w USA. Oprócz tego zajmują się jeszcze miliardem innych dziedzin. Znają praktycznie wszystkich. Są jedną z najbogatszych rodzin w Europie. Nie dobrze jest mieć w nich wrogów. - Ludbrook mówiła szybko.
- ok, wytłumacz mi do czego zmierzasz - Jared starał się nadążyć za rewelacjami blondynki.
- Wynegocjowałam nam trochę czasu. Powiedziałam mu, ze potrzebujemy przejrzeć ten kontrakt na spokojnie, przedyskutować go z zespołem i prawnikiem. Zgodził się nawet na negocjacje i zaproponowanie przez nas pewnych zmian. Mamy na to czas do sobotniej gali. W jej trakcie przedyskutujemy ten kontrakt i damy mu odpowiedź.
- No dobra, i co nam da ten zyskany czas, ja i tak nie zamierzam tego podpasać.
- kurwa, Jared czy Ty nie rozumiesz,- Emma uderzyła ręką w kierownicę - Ten gość serio może nas zniszczyć, albo przynajmniej poważnie zaszkodzić, musimy sprawdzić jak realne są jego groźby.
- masz jakiś plan - to nie było pytanie, to było stwierdzenie faktu.
- Oczywiście. Dzwoniłam już do Jamiego i Babu, zaraz będą w biurze, razem z resztą ekipy. Musimy skończyć mój research. Sprawdzić jak daleko sięgają jego wpływy, jak mocno może nam zaszkodzić pójście z nim na wojnę. A przede wszystkim, musimy sprawdzić czy mamy jakąś alternatywę.
- Co to znaczy?
- Przygotujemy propozycje handlową dla innych wytwórni. Skonstatujemy się z nimi i zasugerujemy chęć przejścia w ich szeregi. Jeśli pogróżki Sant-Andre to tyko czcze gadanie to powinniśmy mieć dużo pozytywnych odpowiedzi. Natomiast jeśli branża faktycznie tak się go boi, to...
- to jesteśmy w czarnej dupie. - dokończył za nią Jared.
Późnym wieczorem następnego dnia Emma, Jamie, Babu, Hannah, Suzannah i Josh przedstawiali coraz bardziej zaszokowanym członkom zespołu wyniki swojego dochodzenia. Rafael Sant-Andre faktycznie okazał się być tak wpływowym człowiekiem jak początkowo podejrzewała Emma. Jednak nawet ona nie spodziewała się skali jego władzy. Ten człowiek miał w garści praktycznie wszystkich ważnych ludzi w USA.
- ... i sprawdziłam też - kontynuowała swój wywód Emma - 46 z 52 osób pracujących przy naszej trasie koncertowej jest zatrudnione przez firmę Sant-Andre.
- To znaczy, że na trasie nie pracujemy dla niego tylko my - Babu popatrzył na siedzącą obok niego grupkę kolegów.
- Jeśli zerwiemy kontrakt stracimy nie tylko wszystkich doświadczonych pracowników, ale w ogóle stracimy całą ekipę. - zawyrokowała Emma.
- No i nikt nie odpowiedział na nasze rozesłane mailem propozycje współpracy - swoje trzy grosze wtrąciła Hannah - więc Suzannah zadzwoniła do kilku znajomych pracujących w różnych wytwórniach i... może niech sama opowie czego się dowiedziała.
- Większość z nich nawet nie chciała ze mną gadać - odpowiedziała Suzannah - jak tylko usłyszeli z czym dzwonię zaczynali się wymigiwać obowiązkami, niewiedzą itd. - machnęła ręką - Aż w końcu udało mi się skontaktować z moją starą przyjaciółką Katy, która pracuje w Warnerze. Jest asystentką prezesa. Nie chciała ze mną rozmawiać przez telefon, więc się spotkałyśmy. I powiedziała mi, że wczoraj po południu prezes dostał bardzo oficjalnego maila od młodego Sant-Andre. Było w nim jasno napisane, że jeżeli wytwórnia przejmie jakiegokolwiek z artystów nagrywających obecnie w SantAndre Records to oni wycofują się ze współpracy. Powoływał się przy tym na jakieś zapisane drobnym maczkiem kruczki w umowach, które pozwalają mu na taki myk i jeszcze obciążają winą za wszystko drugą stronę. Przez co ta druga wytwórnia musiałaby zapłacić Sant-Andre jakąś kolosalną forsę za zerwanie umowy. I to nie z własnej winy. - Suzannah pokręciła głową z niedowierzaniem. - Katy zdradziła mi w sekrecie, że prezes zadzwonił do kilku kolegów po fachu i okazuje się, że wszyscy dostali takiego samego maila. Nie pada w nim bezpośrednio nazwa waszego zespołu, a raczej można zgadnąć o co chodzi.
- Kurwa, ten chuj wiedział od początku, że będziemy szukać drogi ucieczki - odezwał się tego dnia po raz pierwszy Shannon
- Dokładnie, i w porę uprzedził nasze ruchy. - mruknął znad laptopa Josh.
- No bracie - Tomo poklepał Jareda po plecach - coś mi się wydaje, że pociągnąłeś tygrysa za ogon.
- Ja tego nie podpiszę.
- Zrobisz jak zechcesz, ale wiedz, że jeśli nie podpiszesz tego kontraktu to będzie równoznaczne z zwieraniem współpracy - powiedział prosto Sant-Andre.
- No i kurwa dobrze, znajdziemy sobie inna wytwórnię. - Jared nie widział w tym żadnego problemu.
- Tak Ci się tylko wydaje.
- Słucham?
- Wydaje ci się, ze coś tam znaczysz w tym biznesie, ale się grubo mylisz. Jedno moje słowo i jesteś skończony. Zrywasz kontrakt ze mną i żadna inna wytwórnia cie nie przyjmie, stracisz wszystkich pracujących dla Ciebie w trasie ludzi i nie tylko to. - Po raz pierwszy tego dnia wypowiedziane przez Rafaela słowa zabrzmiały jak autentyczna groźba.
- Co ty pierdolisz, jestem... - odezwał się zaszokowany wokalista.
- Beze mnie i mojej firmy jesteś nikim. Za to ja jestem bardzo wpływowym człowiekiem. Mogę zakończyć twoją karierę jednym telefonem. - Groźba w jego słowach była jeszcze bardziej widoczna.
- Nie zastraszysz mnie
- Ja cie nie straszę, ja stwierdzam fakty - odpowiedział chłodno Sant-Andre.
- Żebym ja ci czasem tymi faktami nie naprostował tej ładnej buźki - Jaredowi ostatecznie puściły nerwy. Zerwał się z krzesła gotów zakończyć to wszystko siłą.
- Juz wczoraj udowodniłeś, że nawet w ten sposób nie potrafisz spraw załatwiać - zaśmiał się Rafael podchodząc do niego.
-Ty... - Leto już prawie zakasywał rękawy do walki.
- Chcesz wrócić do celi? - wycedził Sant-Andre - Tym razem na dłużnej?
- Spokojnie, spokojnie. - Emma poderwała się w porę ze swojego krzesła - Panie Sant-Andre, musimy ten kontrakt jeszcze przeanalizować, rozumie pan, nie możemy go tak od razu podpisać, musimy się skontaktować z ....
- Z nikim się nie będziemy kontaktować, ja się nie pozwolę okradać! - przerwał jej Leto.
- Jared zamknij się i wyjdź. - Emma nawet nie spojrzała w jego stronę. Tylko ręką wskazała mu drzwi.
- Słucham? - Jared oniemiał.
- Powiedziałam zamknij się i wyjdź. - powiedziała tym razem odwracając się i patrząc mu prosto w oczy. - Idź ochłoń na korytarzu. - Dodała spokojnie.
- Emma, co Ty... - Leto nadał był osłupiały. Jego asystentka nigdy się tak nie zachowywała.
- Wypierdalaj stąd kurwa w tej chwili, zanim zrobię Ci jakaś fizyczna krzywdę! - wrzasnęła Ludbrook wskazując Jaredowi drzwi.
Rafael za to po raz drugi tego dnia patrzył na Emmę w osłupieniu. Tak kobieta to dopiero miała huśtawki nastrojów. Od stanów lękowych po wybuchy złości. Ale przyznać musiał, że wykrzyczała do Leto to samo co chciał mu powiedzieć sam Sant-Andre. Boże jaką on miał ochotę mu zwyczajnie po męsku przyjebać! Patrzył teraz jak osłupiały muzyk wychodzi z jego gabinetu. Kiedy zatrzasnęły się za nim podwójne drzwi prezes przeniósł swoją uwagę z powrotem na Emmę. Ukryła na chwilę twarz w dłoniach, po czym przetarła rękami oczy i trzymając się na głowę popatrzyła na Rafaela.Widać było, że próbuje zebrać myśli i zapanować nas samą sobą.
- Przepraszam, to się wszystko... to jest jedna wielka pomyłka. A Jared wcale tego nie ułatwia.
- Rozumiem - powiedział ostrożnie Sant-Andre, przyglądając się z zainteresowaniem dziewczynie. Ciekawy był co dalej się wydarzy.
Jared nie zamierzał stać bezczynnie na korytarzu wytwórni. Nie zaszczycając zdziwionej Brook nawet przelotnym spojrzeniem opuścił najpierw sekretariat prezesa, a potem budynek wytwórni. Ruszył w stronę stojącego na parkingu samochodu Emmy, ale w połowie drogi zawrócił, skierował swoje kroki do niedalekiego sklepiku, gdzie zaopatrzył się w paczkę papierosów i zapalniczkę. Dopiero wtedy wrócił na parking. Opierając się o samochód Emmy, palił papierosa błogosławiąc drapiący dym wypełniający jego płuca i faktycznie uspokajający go. Kończył już chyba trzeciego papierosa, gdy na parkingu wreszcie pojawiła się Ludbrook. Szła szybko w jego stronę, rozmawiając przez komórkę. Kiedy podeszła bliżej, usłyszał, że w prędkością karabinu maszynowego wydaje komuś po drugiej stronie polecenia. Chciał się do niej odezwać, ale podniosła tylko rękę uciszając go. Zamilkł w pół słowa.
- Wyrzuć to gówno i wsiadaj do auta - rzuciła tylko do niego, odblokowując samochód i wracając do rozmowy. Zaszokowany Leto obszedł auto i usiadł z przodu na siedzeniu pasażera, to było jego stałe miejsce w samochodzie Emmy. Kilka chwil później wsiadła i ona.
- Em, co się do cholery dzieje? - powiedział Leto do blondynki.
- Jest coś o czym nie wiesz - zaczęła Emma, odpalając jednocześnie samochód - przed naszym pierwszym spotkaniem z prezesem zrobiłam mały research na jego temat.
- I ?
- I z tego co udało mi się znaleźć na parę minut przed spotkaniem wynika, że on faktycznie może być tak wpływowy jak mówi.
- co?
- Posłuchaj, firma jego i jego ojca ma udziały w kilku wytwórniach, kilku telewizjach muzycznych w różnych krajach świata kilku radiach i gazetach. Głównie w Europie i Stanach, ale nie tylko. Oprócz tego mają zewnętrzną firmę, która zajmuje się managementem muzycznym, pr, reklamą, logistyką, social media, generalnie wszystkim co potrzebne artystom. Z jej usług korzystają praktycznie wszystkie wytwórnie w USA. Oprócz tego zajmują się jeszcze miliardem innych dziedzin. Znają praktycznie wszystkich. Są jedną z najbogatszych rodzin w Europie. Nie dobrze jest mieć w nich wrogów. - Ludbrook mówiła szybko.
- ok, wytłumacz mi do czego zmierzasz - Jared starał się nadążyć za rewelacjami blondynki.
- Wynegocjowałam nam trochę czasu. Powiedziałam mu, ze potrzebujemy przejrzeć ten kontrakt na spokojnie, przedyskutować go z zespołem i prawnikiem. Zgodził się nawet na negocjacje i zaproponowanie przez nas pewnych zmian. Mamy na to czas do sobotniej gali. W jej trakcie przedyskutujemy ten kontrakt i damy mu odpowiedź.
- No dobra, i co nam da ten zyskany czas, ja i tak nie zamierzam tego podpasać.
- kurwa, Jared czy Ty nie rozumiesz,- Emma uderzyła ręką w kierownicę - Ten gość serio może nas zniszczyć, albo przynajmniej poważnie zaszkodzić, musimy sprawdzić jak realne są jego groźby.
- masz jakiś plan - to nie było pytanie, to było stwierdzenie faktu.
- Oczywiście. Dzwoniłam już do Jamiego i Babu, zaraz będą w biurze, razem z resztą ekipy. Musimy skończyć mój research. Sprawdzić jak daleko sięgają jego wpływy, jak mocno może nam zaszkodzić pójście z nim na wojnę. A przede wszystkim, musimy sprawdzić czy mamy jakąś alternatywę.
- Co to znaczy?
- Przygotujemy propozycje handlową dla innych wytwórni. Skonstatujemy się z nimi i zasugerujemy chęć przejścia w ich szeregi. Jeśli pogróżki Sant-Andre to tyko czcze gadanie to powinniśmy mieć dużo pozytywnych odpowiedzi. Natomiast jeśli branża faktycznie tak się go boi, to...
- to jesteśmy w czarnej dupie. - dokończył za nią Jared.
Późnym wieczorem następnego dnia Emma, Jamie, Babu, Hannah, Suzannah i Josh przedstawiali coraz bardziej zaszokowanym członkom zespołu wyniki swojego dochodzenia. Rafael Sant-Andre faktycznie okazał się być tak wpływowym człowiekiem jak początkowo podejrzewała Emma. Jednak nawet ona nie spodziewała się skali jego władzy. Ten człowiek miał w garści praktycznie wszystkich ważnych ludzi w USA.
- ... i sprawdziłam też - kontynuowała swój wywód Emma - 46 z 52 osób pracujących przy naszej trasie koncertowej jest zatrudnione przez firmę Sant-Andre.
- To znaczy, że na trasie nie pracujemy dla niego tylko my - Babu popatrzył na siedzącą obok niego grupkę kolegów.
- Jeśli zerwiemy kontrakt stracimy nie tylko wszystkich doświadczonych pracowników, ale w ogóle stracimy całą ekipę. - zawyrokowała Emma.
- No i nikt nie odpowiedział na nasze rozesłane mailem propozycje współpracy - swoje trzy grosze wtrąciła Hannah - więc Suzannah zadzwoniła do kilku znajomych pracujących w różnych wytwórniach i... może niech sama opowie czego się dowiedziała.
- Większość z nich nawet nie chciała ze mną gadać - odpowiedziała Suzannah - jak tylko usłyszeli z czym dzwonię zaczynali się wymigiwać obowiązkami, niewiedzą itd. - machnęła ręką - Aż w końcu udało mi się skontaktować z moją starą przyjaciółką Katy, która pracuje w Warnerze. Jest asystentką prezesa. Nie chciała ze mną rozmawiać przez telefon, więc się spotkałyśmy. I powiedziała mi, że wczoraj po południu prezes dostał bardzo oficjalnego maila od młodego Sant-Andre. Było w nim jasno napisane, że jeżeli wytwórnia przejmie jakiegokolwiek z artystów nagrywających obecnie w SantAndre Records to oni wycofują się ze współpracy. Powoływał się przy tym na jakieś zapisane drobnym maczkiem kruczki w umowach, które pozwalają mu na taki myk i jeszcze obciążają winą za wszystko drugą stronę. Przez co ta druga wytwórnia musiałaby zapłacić Sant-Andre jakąś kolosalną forsę za zerwanie umowy. I to nie z własnej winy. - Suzannah pokręciła głową z niedowierzaniem. - Katy zdradziła mi w sekrecie, że prezes zadzwonił do kilku kolegów po fachu i okazuje się, że wszyscy dostali takiego samego maila. Nie pada w nim bezpośrednio nazwa waszego zespołu, a raczej można zgadnąć o co chodzi.
- Kurwa, ten chuj wiedział od początku, że będziemy szukać drogi ucieczki - odezwał się tego dnia po raz pierwszy Shannon
- Dokładnie, i w porę uprzedził nasze ruchy. - mruknął znad laptopa Josh.
- No bracie - Tomo poklepał Jareda po plecach - coś mi się wydaje, że pociągnąłeś tygrysa za ogon.
Świetnie piszesz, moim zdaniem cała scena w biurze to mistrzostwo. Mam wrażenie, że TeamLeto tak łatwo nie odpuści. Swoją drogą.. nie chciałabym mieć takiego Rafaela za wroga. Coś mi mówi, że się będzie działo. Pozdrawiam i czekam na następny. ; )
OdpowiedzUsuńheh, co ciekawe to właśnie ta scena przysporzyła mi najwięcej kłopotów i to z nią męczyłam się tyle czasu, zatem tym bardziej się cieszę, że Ci się podoba.
UsuńZłapałam się na tym, że w sumie nie wiem o co taki prezes mógłby mieć pretensje i jak mógłby ich ukarać, więc zmyślałam co popadnie :D.
Generalnie, wrogie stosunki pomiędzy Leto i Sant-Andre są motorem napędowych następnych wydarzeń. O ile dla Rafaela to jest po prostu biznes, to Jared będzie to wszystko brał bardzo osobiście i pociągnie za sobą kilka ważnych decyzji.
wow =) świetnie piszesz ,czekam na nowy ;*
OdpowiedzUsuńcudny . kiedy nowy ? :)
OdpowiedzUsuńKiedy nowy? ja tu tęsknie :)
OdpowiedzUsuńGenialny! Trafiłam tu dzisiaj i jestem pod ogromnym wrażeniem. Jedno z najlepszych ff jakie czytam. Weny i oby kolejny pojawił się szybko. ;)
OdpowiedzUsuń