sobota, 27 września 2014

Rozdział 6


Lady in red 

***

Jared nie wiedział, czy to jego wyobraźnia płata mu paskudnego figla pokazując kobietę o której myślał intensywnie od kilku dni, czy też ona naprawdę tam stoi. W czerwonej, sięgającej do połowy ud koronkowej sukience, z rozpuszczonymi, lekko kręconymi włosami i drinkiem w ręku. Leto, tracisz rozum pomyślał w pierwszej chwili, ale im dłużej patrzył w jej stronę bym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że jednak tam jest.
Od pamiętnego spotkania w kawiarni, a właściwie przed nią, nie mógł przestać myśleć o ciemnookiej brunetce. Prześladowała go nawet w snach. Jej melodyjny głos, ciemne oczy, pełne usta śniły mu się praktycznie każdej nocy. Na jawie też nie było lepiej. Wydawało mu się, że widzi ją na ulicy, w sklepie, podczas joggingu. Nie był w stanie skupić się na pracy, bo co chwila wracał pamięcią do tego dziwnego spotkania. Wkurzało go to tym bardziej, że akurat teraz praca wymagała od niego ogromnego skupienia. Renegocjowanie kontraktu, wprowadzenie do niego stosownych propozycji to wszystko było na głowie jego i Emmy. A on za cholerę nie mógł się skupić. Złapał się nawet na tym, że zaczął rozważać powrót do tamtej kawiarni z nadzieją, że znów spotka tam tę kobietę. Ostatecznie porzucił jednak tę myśl. Nikt nie wróci dobrowolnie do miejsca w którym go okradziono. Ona już się tam na pewno nie pojawi. Daj sobie spokój Leto.
Zastanawiał się kim była, a jeszcze bardziej zastanawiało go, dlaczego nie chciała mu się nawet przedstawić. Właściwie to go nie zastanawiało, to go wkurzało. Jeszcze nigdy nie było tak żeby jakaś dziewczyna tak po prostu go olała. Zwyczajnie sobie poszła. On Jared Leto nie był do takiego traktowania przyzwyczajony. Kobiety go nie zostawiają na ulicy. Co to, to nie.
Ale teraz naprawdę tam stała. Nie mógł oderwać wzroku od jej smukłych nóg obutych w niebotycznie wysokie szpilki i krągłych pośladków opiętych seksowną koronkową sukienką i odkrytych opalonych pleców. Zastanawiał się co może mieć pod tym seksownym wdziankiem. Już sobie wyobrażał kałużę czerwonego materiału na podłodze swojej sypialni. Opanuj się Leto, Ty nie zabierasz kobiet do swojej sypialni.

Dziewczyna chyba wyczuła, że ktoś się jej przygląda bo zaczęła rozglądać się po sali. Jak zahipnotyzowany patrzył jak odwraca się w jego stronę. Chciał do niej podejść, ale nogi wrosły mu w ziemię. Po prostu stał tam i przyglądał się jej. Chociaż sala pełna była ludzi nie widział nikogo poza nią. Na krótką chwilę ich spojrzenia spotkały się. Rozpoznała go, był tego pewny. Uśmiechnęła się do niego lekko i skinęła głową. Mimowolnie zrobił to samo. Już miał otrząsnąć się z tego szoku i ruszyć w jej stronę zanim znów mu ucieknie, kiedy nagle ktoś zatarasował mu drogę.

- Leto, stara dupo, kopę lat!! - zanim się zorientował był już obejmowany i poklepywany po plecach przez Chestera Benningtona
- Chester? - Jared porządnie się zdziwił, zaraz jednak przypomniał sobie słowa Emmy sprzed kilku dni. Linkin Park od niedawna nagrywali w tej samej wytwórni co oni. - Fajnie Cię widzieć! - powiedział szczerze. Lubił Chestera. Porządny z niego gość. Facet po przejściach, ale mimo to dobry kumpel z którym zawsze można było porozmawiać. Tylko czemu musiał się pojawić akurat teraz? Leto rozejrzał się ponownie po sali. Zajęło mu 3 sekundy, żeby namierzyć ją znowu. Stała w towarzystwie jakiegoś faceta i prawdopodobnie jego dziewczyny sądząc po fakcie, że dosłownie obłapiał blondynkę w pasie. Brunetka zaśmiała się z czegoś co powiedziała jej towarzyszka i zamaszystym gestem odrzuciła grzywę swoich ciemnych włosów, które zalśniły w sztucznym świetle sączącym się z sufitowych lamp. 

 Jezu Chryste, jest naprawdę piękna.

- Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł, żeby tak pożerać wzrokiem dziewczynę swojego prezesa - odezwał się u jego boku Chester.
- Słucham? - Jared był wyjątkowo rozkojarzony.
- Powiedziałem, że wyglądasz jak byś chciał zjeść dziewczynę prezesa, tylko nie masz łyżeczki - zaśmiał się Bennington.
- Dziewczynę prezesa? - Leto zmroziło. Nie, to nie może być ona. Każda tylko nie ona. Tylko nie ona. Słyszał już wczoraj jak dziewczyny w jego biurze plotkują, że prezes ma dziewczynę na punkcie której dosłownie szaleje. Dzisiaj też od co najmniej kilku osób słyszał, że Sant-Andre nie opuszcza nawet na krok swojej pięknej towarzyszki. Ale ta kobieta stała sama...Odwrócił się ponownie do Benningtonna - Mówisz o...
- Brunetce w czerwonej sukience - dokończył za niego Chester - Patrz teraz. - Bennington dyskretnie wskazał w kierunku kobiety.  - A ja spadam, bo widzę, że szuka mnie moja piękna żona.

Odszedł poklepując wokalistę po plecach, w tym samym czasie Jared podążył wzrokiem we wskazaną  stronę i poczuł jak krew odchodzi mu z twarzy, a irracjonalna zazdrość wypełnia go całego. Do tajemniczej brunetki podszedł właśnie prezesa Sant-Andre, objął ja w pasie i przyciągną do siebie mówiąc jej coś przy tym na ucho. Ona zarzuciła mu ręce na szyję i śmiejąc się odpowiedziała, po czym pocałowała go w usta. Rafael nie pozostał jej dłużny i na oczach Jareda zaczął namiętnie całować dziewczynę. Stojący obok mężczyzna powiedział coś chyba do całującej się pary, bo prezes w końcu oderwał się od ust kobiety i ze śmiechem zwrócił się w stronę blondyna. Cały czas ciasno obejmując brunetkę w pasie.

Jared poczuł się jakby ktoś właśnie dał mu w twarz. Wszystkiego by się mógł spodziewać, ale nie tego. Jego tajemnicza brunetka to kobieta prezesa. Kurwa mać. Sam nie rozumiał czemu nagle poczuł się tak źle. Nie znał tej kobiety, nie miał zielonego pojęcia kim jest, jak ma na imię, do dzisiejszego wieczoru nie miał nawet nadziei na to, że ją jeszcze kiedykolwiek spotka, a pomimo to kiedy patrzył jak obłapia ją inny mężczyzna poczuł się jakby ktoś zabrał mu coś, co należy do niego. A już tym bardziej myśl, że jest kobietą człowieka, którego od niespełna tygodnia Jared szczerze nienawidził doprowadzała go do irracjonalnej wściekłości.

W głębi duszy wiedział, że to głupie, ale Rafael Sant-Andre był dla niego uosobieniem wszystkiego co złe. Od czasu ich rozmowy, a właściwie awantury w jego gabinecie, a potem ich biznesowego śledztwa muzyczna kariera Jareda i zespołu stała pod ogromnym znakiem zapytania. Cały sztab ludzi zastanawiał się jak wyciągnąć Marsów z tarapatów. Przygotowana przez nich poprawiona wersja umowy nadal zmuszała zespół do cholernie wielu ustępstw i zmniejszała ich dochody, ale nie była aż tak radykalna jak wersja prezesa. Jared nie miał jednak pewności, czy Sant-Andre zgodzi się na to co w niej zawarte.

Jared przekierował na prezesa swoją złość i frustrację. Początkowo pluł sobie samemu w brodę, że pozwolił  na to wszystko. Jednak z każdą koleją godziną spędzoną nad nową umową nienawidził Sant-Andre coraz bardziej. To przez niego Leto tracił całą radość z grania. Do tej pory nie musiał myśleć o biznesowych sprawach, mógł wieść życie beztroskiej gwiazdy i korzystał z tego. Rafael odbierał mu to wszystko z czystej mściwości i (jak podejrzewał Jared) próbował tym sposobem dać wyraźny sygnał reszcie artystów - NIE IGRAJCIE ZE MNĄ! I chociaż to jego własna głupota, połączona z niefortunnym wypadkiem sprawiła, że to właśnie z Leto i jego zespołu prezes postanowił zrobić sobie chłopca do pokazowego bicia to Jared obiecał sobie jedno: Sant-Andre tego pożałuje, gorzko pożałuje. Jeszcze nie wiedział jak, ale był pewien, że się zemści. Odbierze prezesowi coś co on sam najbardziej kocha.

I kiedy tak stał i patrzył jak Sant-Andre ciasno obejmuje ramieniem brunetkę i opiera podbródek na jej głowie spłynęło na niego oświecenie. Ona. To ona jest tym co Sant-Andre kocha najbardziej.
Biorąc pod uwagę fakt, że uwiedzenie kobiety nigdy nie przysparzało mu większych problemów, a ona działała na jego zmysły jak mało która z przedstawicielek płci pięknej pomyślał, że mógłby połączyć zemstę z przyjemnością. Zapoznać się blisko... bardzo blisko... z dziewczyną prezesa. Uwieść ją. Sprawić, że oszaleje na jego punkcie i nie będzie chciała już być z tym dupkiem, który teraz bez żadnego skrępowania całował ją po szyi. Na początek musiał jednak znaleźć sposób, żeby w ogóle ją poznać.

Jego rozmyślania przerwał pojawiający się znikąd Shannon. Jared popatrzył na brata po raz kolejny nie mogąc wyjść z podziwu na widok tego co ma na sobie. Do połowy wygląda normalnie. Biała koszula, czarna marynarka i spodnie. I to właśnie te spodnie bawiły Jared najbardziej. Wyglądały jakby Shannon wyciągnął je ze starego garnituru od pierwszej komunii. Były za krótkie i sięgały mu powyżej kostki. Dla dopełnienia efektu nędzy i rozpaczy Shann jeszcze je podwinął, tak by każdy mógł zobaczyć jego skarpety w ciemne paski i sportowe designerskie buty. Żadne prośby, groźby, błagania ani przekupstwa ze strony Jareda i Emmy nie przekonały perkusisty do przebrania się w coś mniej... idiotycznego.

- Jeśli ten cały prezes chce nas oskubać z naszej kasy to niech wie, ze mnie już nie stać na garnitur od Versace - oznajmił Shannon godzinę wcześniej w domu Jareda, odganiając się od Emma, która machając mu przed nosem parą ciemnych spodni próbowała nakłonić perkusistę do założenia czegoś innego. Czegoś zakrywającego kostki i te nieszczęsne pasiaste skarpetki.

Ostatecznie jednak starszy Leto postawił na swoim i stało oto teraz na przeciw Jareda w swoim komicznym stroju. Sprawiał wrażenie nieprzejętego faktem, że wyróżnia się z tłumu, gdyż otaczający go mężczyźni w głównej mierze ubrani byli w drogie, szyte na miarę i sięgające odpowiedniej długości garnitury. Sam Jared nie mógł sobie przypomnieć kiedy ostatni raz wyglądał tak elegancko. Miał na sobie dopasowany czarny garnitur, białą koszule i krawat, a nawet pasujące kosztowne włoskie buty. Emma praktycznie siłą wcisnęła go w ten strój i nie chciała słyszeć słowa sprzeciwu.
- Gadałeś już z tym prezesem? - odezwał się Shannon.
-Nie  - burknął Jared. Sytuacja między braćmi nadal była napięta. Nie wyjaśnili sobie jeszcze tej kłótni w domu Shannona, a teraz jeszcze oliwy do ognia dolewała sytuacja z wytwórnią.
- I na co czekasz? - zapytał równie wrogo Shannon.
- Na Emmę - odpowiedział mu brat - to ona ma umowę, a teraz gdzieś ją wcięło.
- Który to ten prezes? - Shann rozejrzał się po sali - Jest tutaj?
- Byś poszedł na spotkanie w wytwórni to byś wiedział.
- Oj przestań już - burknął znudzony Shann - jest tu czy go nie ma ?
- Jest - odpowiedział niechętnie.
- no i? - ponaglał go brat.
- Co no i? - przedrzeźniał go Jared
- No który to?! - zirytowany Shann podniósł głos.
- Tamten - Jared wskazał dyskretnie w kierunku prezesa.
- Ten wysoki w szarym garniaku? - upewniał się perkusista.
- Taaa - odpowiedział mu niezadowolony brat.
- A ta laseczka obok niego to ta jego dziewczyna?
- Nie wiem - Jared starał się udawać obojętność - tak mówią -niezobowiązująco wzruszył ramionami.
- Na pewno. W okół obcej baby nie owijałby się jak liana - zażartował Shann - Niezła dupeczka. Fajna, taka filigranowa. Takimi się najlepiej obraca - Perkusista znacząco uniósł brwi.
Jared już miał się odezwać, kiedy dołączyła do nich zadyszana Emma.

- Jared, tu jesteś - oparła rękę na jego ramieniu i próbowała złapała równowagę. Piętnastocentymetrowe szpilki, które miała na nogach nie były dla niej codziennym obuwiem i długie przebywanie w nich kosztowało ją wiele wysiłku. - Szukam Cię wszędzie.
- Stoję cały czas w tym samym miejscu. - burknął wokalista. Zdawał sobie sprawę, że jest marudny jak szesnastolatka przed okresem, ale miał to w nosie. Był poirytowany, chociaż sam nie wiedział czym, i chciał dać temu upust.
- Musimy iść pogadać z prezesem - Emma zignorowała jego burkliwy ton.
- Chyba jest zajęty - młodszy Leto jeszcze raz zmusił się do spojrzenia w stronę prezesa i jego dziewczyny - poza tym, gdzie jest kurwa Tomo?
- Jeszcze przed chwilą gdzieś się tu kręcił - Emma obróciła się w poszukiwaniu rozczochranej głowy Chorwata - Cholera! - zaklęła głośno kiedy znów zachwiała się na swoich obcasach, a przed upadkiem ochroniło ją jedynie silne ramie perkusisty, który złapał ją w ostatniej chwili.
- Oj Ems - zaśmiał się Shannon - Kiedy Ty się wreszcie nauczysz chodzić?
- Spierdalaj Leto - odpowiedziała mu bez złości Emma oswobadzając się z jego objęć.
- Oj przyznaj się po prostu, że lubisz wpadać w moje ramiona - Shann komicznie uniósł brwi.
- Uwielbiam - odpowiedziała mu z sarkazmem - te krótkie chwile w Twoich ramionach nadają mojemu życiu sens.

Perkusista już otwierał usta, żeby jej coś odpowiedzieć, kiedy przerwał mu Jared. Z doświadczenia wiedział, że tego typu wymiany zdań między jego bratem a asystentką mogą trwać w nieskończoność.
- Jak już skończycie te przepychanki rodem z podstawówki to moglibyście pomóc mi znaleźć Tomo? - wysyczał złośliwie.

Zlokalizowanie Chorwata zajęło im dokładnie osiem minut. Tyle bowiem czasu potrzebowali na znalezienie sali z wielkim szwedzkim stołem, przy którym urzędował już Tomo. Drugie osiem minut zajęło im przekonanie go, żeby odłożył talerz i poszedł z nimi.

- Czy to nie może poczekać? - marudził Tomo drepcząc za Jaredem w stronę drugiej sali - Te roladki z daktyla była naprawdę pyszne. Powinniście ich spróbować. Jared Tobie by też...
- Nie to nie może poczekać - przerwał mu nachalnie Jared. Chciał to wszystko załatwić, a potem zabrać się jak najszybciej z tej imprezy, aby przestać myśleć o tym z kim przyszedł prezes.
- Jared czy Ty musisz być taki opryskliwy? - odezwała się Emma - Złość urodzie szkodzi. A Ty masz się dzisiaj dobrze prezentować.- dodała z sarkazmem, głaszcząc go protekcjonalnie po głowie.
- A po co? - odezwał się Jared, odpychając jej rękę. -  Chcesz żebym uwiódł prezesa? Wystarczająco dobitnie prezentuje dzisiaj jak bardzo jest hetero.
- Nie, nie chce żebyś uwodził prezesa - wysyczała Emma - chcę Ci tylko przypomnieć, że przy naszym ostatnim spotkaniu z nim nie prezentowałeś się zbyt... profesjonalnie
- A dzisiaj się prezentuję?
- Tak, dzisiaj tak - odpowiedziała  - pośpieszmy się, akurat nikt się obok niego nie kręci - Emma przyspieszyła kroku i ruszyła z niespotykaną u siebie gracją w stronę opierającego się o bar prezesa.
- Dobry wieczór Panie Sant-Andre - odezwała się kiedy podeszła wystarczająco blisko. Prezes odwrócił się w jej stronę i uśmiechnął podejrzanie przyjaźnie.
- Nieustępliwa panna Ludbrook - powitał ją, wyciągając rękę - dobry wieczór. Co słychać? - mówił, nadal się uśmiechając. Jared zaczął się zastanawiać co też zaszło w gabinecie prezesa po tym jak Emma go z niego wyrzuciła i dlaczego Sant-Andre jest dla niej taki miły.
- Zgodnie z umową. - Wyjąkała Emma. Jej onieśmielenie towarzystwem prezesa jednak dało o sobie znać. - Jesteśmy w komplecie. - Popatrzyła po towarzyszących jej mężczyznach. Rafael również spojrzał w ich kierunku. Jego wzrok chwilę dłużej zatrzymał się na Shannonie i jego spodniach. Mężczyźni wymienili powitania i Emma postanowiła przejść do rzeczy.
- Mamy ze sobą propozycję naszej umowy - zaczęła niepewnie - zaproponowaliśmy kilka zmian, jeśli chciałby pan...
- Jestem już  - jąkanie Emmy przerwało nagłe pojawienie się dziewczyny prezesa. Zupełnie nie zwracając uwagi na Emmę, Jareda, Shannona i Tomo kobieta podeszła do Rafaela, który przyciągnął ją do siebie, pocałował w skroń a potem popatrzył z czułością w oczy. - Przepraszam, ta rozmowa trwała trochę dłużej niż planowałam. - Pomachała mężczyźnie przed nosem telefonem ściskanym w dłoni, po czym zaczęła chować urządzenie do torebki.
- Nic nie szkodzi - wymruczał Rafael całując ją jeszcze raz w głowę. - A teraz, kochanie, poznaj proszę. Pannę Ludbrook i jej podopiecznych. - Uśmiechnął się do kobiety - Moja dziewczyna Arianna Keller - dodał tytułem wyjaśnienia.
- Emma - oszołomiona Ludbrook wyciągnęła rękę w kierunku kobiety.
- Mów mi Aria - uśmiechnęła się odwzajemniając uścisk - Tylko Rafael upiera się przy używaniu mojego pełnego imienia. - Przewróciła oczami z udawaną frustracją.
- A tą są - ciągnęła Emma - Shannon, Tomo i Jared.
Arianna wymieniła uścisk dłoni z Shannonem z nieukrywanym rozbawieniem przyglądając się jego spodniom i skarpetkom, co perkusista skwitował wzruszeniem ramion i głupią miną. Następnie podała rękę Tomo, który uśmiechnął się do niej przyjaźnie. Niezauważalnie zawahała się, kiedy zwróciła się w stronę Jareda. Ten jednak zareagował szybko.
- Jared - powiedział, ściskając jej drobną dłoń - Ale właściwie my to się już znamy...

Nie planował powiedzieć tego ostatniego zdania. Po prostu wypłynęło z jego ust bez jego kontroli i teraz już nie można było już go cofnąć. Sam nie wiedział co chciał osiągnąć wypowiadając te słowa. Na pewno nie spodziewał się jednak, że w odpowiedzi zobaczy panikę w pięknych oczach stojącej przed nim kobiety.

                                                                                                                 
Hello! :)
Jest nareszcie! Po prawie miesiącu i tylko połowa tego co chciałam napisać, ale jednak coś jest. Nie chciałam żebyście czekali kolejny miesiąc, więc okroiłam ten rozdział, żeby go wreszcie opublikować. Reszta imprezy będzie w następnym poście, który mam nadzieję, pojawi się szybciej niż ten. ;)
Przepraszam za wszelkie błędy i literówki, ale już mi się nie chce tego sprawdzać, poprawię ten rozdział jutro. 

6 komentarzy:

  1. boski ;D nareszcie wróciłaś tu ;) czekam na nowy i mam nadzieję że pojawi się szybko :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Idealny. Wszystko się rozkręca i coraz bardziej mi się podoba. Duzo weny i oby część dalsza pojawiła się szybko! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. uwielbiam :D kiedy nowy ?

    OdpowiedzUsuń