sobota, 2 sierpnia 2014

Rozdział 3

Little party never killed nobody

***
Jared wściekły wyszedł z wieżowca, w którym mieściło się mieszkanie jego brata. Stanął na chodniku i rozejrzał się dziko po okolicy, jakby spodziewał się jakiegoś znaku od Boga, albo interwencji sił wyższych. Niebiosa powinny się teraz rozstąpić, Bóg powinien z nich wyjrzeć i pogrozić Shannonowi palcem! Tak! tak właśnie powinno się stać.

Wokalista już dawno nie był na brata tak wściekły. Jadąc do niego, miał nadzieje na rozmowę i wyjaśnienie wszystkiego. Shannon ostatnio zachowywał się dziwnie. To znaczy on zawsze zachowywał się dziwnie, ale teraz to już zaczynało być irytujące. Jared podejrzewał, że jego starszy brat przez lata ich współpracy przyzwyczaił się, że wszystko co związane z zespołem załatwia Jared. Shannon po prostu przestał się tym interesować. Nie obchodziło go nic poza sprawami ściśle związanymi z muzyką. Promocja, czy reklama nie interesowała go wcale. Robił po prostu to, co kazali mu brat lub Emma. I było mu z tym dobrze. Mógł wieść bezstresowe życie, bawić się, pić i pieprzyć wszystko co popadnie.



Jared westchnął ciężko stojąc na chodniku. Z jednej strony Shannon miał rację. W sposobie prowadzonego życia, podejścia do ludzi, zwłaszcza do kobiet, niewiele się różnili. Dobra zabawa i beztroskie życie było ich priorytetem. Jednak do tej pory zawsze potrafili to jakoś wyważyć, aż do teraz. Jared zdawał sobie sprawę, że może trochę przesadza. Jego bratu zdarzało się już w życiu zachowywać dużo bardziej nierozsądnie. Tylko tym razem Jaredowi skończyła się cierpliwość.
Stał tak i nie wiedział co ze sobą zrobić. Musiał się odstresować. Musiał gdzieś pójść. Sam miał ochotę się napić, ale na pewno nie w towarzystwie Shannona i jego kolegów. Ruszył przed siebie, kopiąc niedbale leżącą na chodniku paczkę po papierosach. Od co najmniej 10 lat nie miał w ustach papierosa. Już nawet nie pamiętał jak smakują. A może by tak znów zapalić? Dla odstresowania, poczuć zbawienne działanie dymu w płucach.

Rozmyślał tak idąc bez celu przed siebie, kiedy zadzwonił jego telefon. Odebrał nie patrząc nawet kto dzwoni
- Leto! - usłyszał w słuchawce głos kumpla – Słyszałem, ze jesteś w mieście!
- Colin – Jared zaśmiał się do telefonu – A no jestem, jestem. Na krótko, ale jestem.
- I nie dzwonisz?! - W głosie Farella słychać było oburzenie – Tak dawno razem nie piliśmy. Jared znów zaśmiał się do słuchawki.
- Coś proponujesz?
- Jakieś piweczko, wódeczka, dzisiaj, teraz, zaraz – Colin szybko przeszedł do konkretów.
- Chorego się pytasz! - wykrzyknął Jared – Gdzie?
- Może u mnie? - zaproponował przyjaciel – urżniemy się kulturalnie, u mnie na chacie.
- U Ciebie? - Jaredowi nie do końca podobał się ten pomysł – Nie lepiej gdzieś na miasto wyjść? Nie byłem jeszcze w tym nowym klubie Brenta.
- No przegapiłeś otwarcie!
- Więc muszę to nadrobić.
- Dobra, to o której? Jak znam życie musisz się jeszcze zrobić na bóstwo. - kumpel zaśmiał się ironicznie.
- Weź spierdalaj! - warknął Leto – mogę tam być za pół godziny, jestem niedaleko.
- Dobra, to ja też się zbieram. Do zobaczenia.

Piętnaście minut później siedział w taksówce mknącej w stronę nowego klubu jego przyjaciela Brenta Bolthouse’a. Chociaż „mknącej” to stanowczo zbyt dużo powiedziane. Najwyraźniej połowa LA postanowiła się akurat w tej samej chwili co Jared przemieszczać po mieście. Szybciej byłoby chyba pieszo. Pomyślał z irytacją.

Brent miał w Los Angeles  i nie tylko, kilknaście ekskluzywnych nocnych klubów. Był prawdziwym królem nocnego życia. W jego lokalach zawsze grali najlepsi DJe, lał się najdroższy alkohol i tańczyły najgorętsze kobiety. Jared wyciągnął telefon i postanowił zadzwonić do Bolthouse’ a i uprzedzić go o swoim przybyciu. Odebrał po 3 sygnale.

- No co tam stary? - zapytał, bez powitania
- Siema! Wybieram się właśnie do tego Twojego nowego klubu.
- Zajebiście! Tak się składa, że właśnie w nim jestem. Sam będziesz?
- Nie, Farrell też wpadnie.
- A Shann, Tomo? Reszta Twojej koncertowej ekipy?
- A weź mnie, kurwa, nie denerwuj.
- Dobra, nie irytuj się tak – zaśmiał się Brent – złość piękności szkodzi. Zbrzydniesz i czym będziesz zarabiał - na życie?
- Nie martw się z głodu nie umrę – odpowiedział mu równie ironicznie.
- Tylko dlatego, że mało jesz – Brent nie dawał za wygraną – Dobra piękny, kiedy będziesz?
- Jak się przebiję przez te korki – westchnął z rezygnacją Leto.
- Ok, już szykuję komitet powitalny – zaśmiał się Bolthouse.

 ***
Aria leżała z głową opartą na piersi Rafaela. On obejmował ją mocno ramieniem, drugą ręką gładząc rytmicznie po nagich plecach.
- Lubie Twoją skórę – powiedział, nie przestając jej gładzić – Jest taka milusia w dotyku.
- Twoja też jest niczego sobie – Aria potarła nosem o jego tors, uśmiechając się lekko. - Uwielbiam Twoje ciało. - Wymruczała, przesuwając się w górę by spojrzeć mu w oczy, jednocześnie błądząc palcami po jego płaskim wytrenowanym brzuchu. - Jest takie idealne. - Powiedziała, dając mu lekkiego buziaka w usta. - Jak cały Ty.
- Daleko mi do ideału – powiedział, oddając jej pocałunek. - Pamiętasz, że w sobotę jest ta impreza w wytwórni? - zapytał, chcąc szybko zmienić temat.
- Stanowczo musisz się nauczyć przyjmować komplementy – odburknęła, z powrotem kładąc się na jego torsie. - Tak, pamiętam o tej imprezie.
- Nie wyczuwam w Twoim głosie entuzjazmu – Rafael z lekkim rozbawieniem podniósł głowę, chcąc zobaczyć jej minę.- Nie chcesz tam iść?
- Nie, to znaczy... tak... - zająknęła się – nie o to chodzi.
- A o co? - Rafael przesunął się tak, że już nie leżała na jego piersi, ale obok niego patrząc mu w oczy. - Powiedz mi o co chodzi.
- Oj o nic – próbowała go zbyć.
- Nie umiesz kłamać, Arianno. - zaśmiał się. Ujął w palce jej brodę by zmusić ją do spojrzenia na siebie. - Więc? O co chodzi?
- Naprawdę, to nic takiego. - westchnęła zrezygnowana, przekręcając się na plecy i wbijając wzrok w sufit – Po prostu, jak zawsze, będę musiała iść na zakupy, kupić coś odpowiedniego. Wiesz, że po pierwsze, za tym nie przepadam. Po drugie, nie mam na to czasu. Po trzecie, Sara wyjechała, nawet nie będzie mi kto doradzić. - marudziła.
- Tak myślałem – Rafael zaśmiał się pod nosem. - Poczekaj chwilę. - Cmoknął ją szybko w usta i wstał z łóżka. Nagi, jak go pan Bóg stworzył, ruszył do swojej garderoby.

Aria przekręciła się na brzuch, wodząc za nim wzrokiem. Naprawdę był wyjątkowym okazem mężczyzny. Wysoki, wysportowany, umięśniony i do tego taki cholernie przystojny. Wrócił po kilku chwilach, niosąc wielkie czarne pudełko przewiązane złotą wstążką.
- to dla Ciebie - powiedział, podając jej pudełko i uśmiechając się przy tym jak mały chłopiec.
- Co to? - zapytała, chociaż w głębi duszy dobrze wiedziała co to jet. Wzięła od niego pakunek, potrząsając nim lekko z udawanym przestrachem.
- Nie domyślasz się? - Rafael posłał jej łobuzerski uśmiech – Otwórz.

Rozwiązała wstążkę i zdjęła wieko pudełka. Rozerwała kremową bibułę znajdującą się wewnątrz i jej oczom ukazał się kawałek czerwonego, koronkowego materiału. Wzięła go w ręce. Oto trzymała czerwoną, koronkową, krótką sukienkę. Wykonana z gęstej delikatnej koronki, miała odkryte plecy i niewielki dekolt. Była po prostu śliczna. Z jednej strony skromna, ale jednocześnie cholernie seksowna. Taka jak Aria lubiła.

- Jest śliczna! - zawołała, patrząc na Rafela – Dziękuje – wrzuciła sukienkę z powrotem do pudełka i wpadła w objęcia siedzącego obok niej Rafaela, przewracając go na plecy i całując. W policzek – Dziękuje – W drugi policzek – Dziękuje – w końcu w usta.
- Widzę, że Ci się podoba. - powiedział z ustami przy jej ustach.
- Oj tak – uśmiechnę się do niego promiennie – Tak dobrze mnie znasz.
- Chciałbym poznać cię jeszcze lepiej – sugestywnie przesunął ręką po jej biodrze, w stronę tali.
- Oj myślę, że w tej materii znasz mnie lepiej niż ktokolwiek. - zaśmiała się, kiedy Rafael szybkim ruchem przekręcił ją na plecy, wciskając w materac i całując namiętnie.

***
 
Po ponad godzinie siedzenia w taksówce Jaredowi wreszcie udało mu się dotrzeć na miejsce. Colin podobno już tam był. Zdążył mu już wysłać 4 smsy. Jared szybkim krokiem przeszedł wzdłuż ustawionej pod klubem kolejki, przypakowani bramkarze selekcjonowali wchodzących gości. Nie zdążył się nawet odezwać do pierwszego z nich, kiedy ten odezwał się do niego.
- Panie Leto, proszę tędy – przepuścił go w wejściu – Kate zaprowadzi pana do pańskiej loży. - Skinął na wysoką szczupłą blondynkę, ubraną w obcisłe czarne skórzane spodnie i gorset. Usta miała pomalowane intensywnie różową szminką, a na szyi miała muszkę w identycznym kolorze.
- Proszę za mną – uśmiechnęła się do niego, trzepocząc rzęsami. Odpowiedział jej uśmiechem i gestem wskazał, aby szła przed nim. Idąc za nią, lustrował jej figurę. Była szczupła, zgrabna i miała całkiem niezły tyłek opięty dodatkowo skórzanymi spodniami. Jared potrząsnął energicznie głową, próbując odsunąć od siebie wizję, w której pieprzy ją w ten zgrabny tyłeczek. Opanuj się chłopie! Ile Ty masz lat? Piętnaście? Napominał sam siebie w myślach. Stanowczo musi coś dzisiaj zaliczyć. Z braku seksu zaczyna mu już odwalać.
Rozglądając się w drodze do swojej loży wypatrzył już nawet kilka niezłych laseczek. Niektóre z nich zdawały się go poznawać, bo uśmiechały się uroczo i pokazywały na niego palcem szepcząc coś do koleżanek. Czemu baby na imprezy zawsze muszą przychodzić stadami? Zastanawiał się idąc za blondynką do stolika.
Colin Farrell siedział rozparty na wielkiej pluszowej czerwonej kanapie w towarzystwie dwóch seksownych kobiet. Jedna była ruda i długonoga, druga miała blond loki i rzucający się z daleka w oczy biust.

- Jared! Wreszcie jesteś! - Farrell wstał z kanapy i zatopił Leto w niedźwiedzim uścisku – Długo Cię nie było.
- Korki – mruknął tylko Jared, klepiąc kumpla po plecach.
- Dobra, ważne, ze jesteś. Poznaj dziewczyny – uśmiechnął się do niego znacząco – to jest Misty – wskazał na blondynkę – a to Phoebe. Panie, to mój przyjaciel Jared.
-Cześć – siedząca bliżej niego blondynka podniosła się z kanapy pocałowała Jareda w policzek, kładąc mu jednocześnie rękę na ramieniu. - Misty – uśmiechnęła się kokieteryjnie. Oj, trudno to dzisiaj nie będzie. Pomyślał Leto witając się z nią.
- Phoebe – ruda przywitała się z Jaredem tak samo jak przed chwilą jej koleżanka.
- Leto rozsiadł się na kanapie uśmiechając się do kobiet i rozmawiając z Colinem. Farell zamówił butelkę whiskey i wszystko od razu zaczęło dziać się szybciej. Jared pił kolejne łyki, a siedząca obok niego blondi przybliżała się coraz bardziej, szczebiocąc mu do ucha bzdury, których nawet nie rejestrował. Zarejestrował za to, dziewczyna ma świetny biust, który Jared może dokładnie podziwiać, kiedy blondynka nachyla się do niego.
- Może zatańczymy – Misty uśmiechnęła się słodko do Jareda, przejeżdżając jednocześnie ręka po jego udzie.
- Jasne – Leto złapał jej rękę – chodźmy na parkiet
- Pociągnął dziewczynę za sobą i kątem oka dostrzegł, że Farell i towarzysząca mi długowłosa ruda (Jared już nie pamiętał jej imienia) idą w ich ślady. Kilka chwil później tańczyli w tłumie. Chociaż właściwie ciężko było to nazwać tańcem. Dziewczyna uwiesiła mu się na szyi i wiła wokół niego niczym wąż, ocierając się przy okazji pośladkami, lub biustem. Bez wątpienia wszystko to zmierzało do jednego i Jared wcale z tego powodu nie narzekał. Już miał zaproponować by w ogóle zmienili miejscówkę na mieszkanie dziewczyny, czy też jakiś najbliższy hotel, kiedy za plecami blondynki zobaczył, że dzieje się coś niepokojącego.
Jakiś rozawanturowany facet nagle wyrywa rudą z ramion Farrella wyrażając mu przy tym pięścią. Wściekły aktor, który miał już nie źle w czubie, zaczyna mu się odgrażać i nadskakiwać. Jared znając temperament przyjaciela wyswobodził się z objęć blondynki i ruszył mu na pomoc. Chciał po prostu odciągnąć Farrella i załagodzić całą sytuację, ale wtedy znikąd pojawił się chyba kolega tego rozawanturowanego blondyna i zanim Leto się zorientował brał udział w regularnej bójce. Rozdzielili ich dopiero ochroniarze, wyciągając całą czwórkę przed klub.

- Siadać na dupach – rosły ochroniarz pchnął Jareda na stojąca pod klubem ławkę. Z wargi Leto kapała krew i czuł pulsujący ból w okolicach lewej skroni. Pamiętał, że tam dostał ostatni cios. – zaraz będzie policja.
- Jaka, kurwa, policja? - Jared i Colin poderwali się jednocześnie
- Siadać na dupach – ochroniarz po raz kolejny posadził ich na ławce. Drugi, równie przypakowany przytrzymywał dwóch pozostałych uczestników bójki.
- Chce natychmiast rozmawiać z Brentem! - zawołał Farrell
- A ja chce przelecieć Beyonce, ale jej tu kurwa nie ma! - odezwał się ochroniarz.
- Ej, uważaj na słowa – Jared znów podniósł się z ławki – Wezwij szefa, ale już!
- Siadaj na dupie! - ochroniarz tym razem pchnął Leto nieco brutalniej – Szefa nie ma, pojechał do innego klubu.
- Ale... - Leto próbował jeszcze coś powiedzieć, ale zamilkł, kiedy zobaczył migające światła nadjeżdżających radiowozów. - kurwa – zaklął tylko pod nosem.
- To jest jakiś absurd! -Farrell nie dawał za wygraną – To ja zostałem zaatakowany.
- Będziesz się tłumaczył smerfom na komisariacie. - odpowiedział ochroniarz.
- W tym samym czasie zbliżył się do nich policjant.
- Otrzymaliśmy zgłoszenie – wymamrotał z niezadowolona miną. - dotyczące zakłócania spokoju na terenie dyskoteki.
-Jakiego zakłócania spokoju? – Farrell znów zaczął się rzucać.
- Spokojnie przystojniaczku – policjant złapał go za ramię - wyjaśnimy sobie wszystko na komisariacie.
- Ja nigdzie nie idę! - zaoponował Farrell
- Nie musisz nigdzie iść, zawieziemy Cię – zaśmiał się policjant – Dawać rączki jesteście aresztowani. Steve, zakuj tych drugich dwóch przyjemniaczków.
- Zaraz zaraz panowie – tym razem to Jared nie wytrzymał – Nie wiecie kim my jesteśmy? Będziecie tego żałować!
- Wszyscy tak mówią, rączki. - policjant wyciągnął zza paska kajdanki
- To naprawdę nie jest konieczne – Leto cofnął się o krok.
- Słuchaj no Ty, albo dobrowolnie wyciągniesz łapska i pozwolisz się zakuć, albo najpierw przekonam Cie do tego paralizatorem. Jak wolisz? Wybór należy do Ciebie. - zagroził policjant. Jared dostrzegł, ze w tym samym czasie drugi z nich pakuje do radiowozu tamtych dwóch gości. W ogóle nie oponowali. Od wyciągnięcia ich z klubu nie odezwali się ani słowem.
- Będziecie tego żałować – warkną Leto wyciągając przed siebie ręce. W tym samym czasie usłyszał błysk flesza i zobaczył błysk migawki. Dwóch paparazzi wyskoczyło właśnie zza krzaków i w najlepsze robiło zdjęcia. O kurwa, jeszcze tylko tego brakowało, pomyślał.
- Może będziemy, a może nie. - policjant zapiął mu na rękach ciężkie, metalowe bransolety. - A teraz uważaj na główkę i wsiadaj do radiowozu.


                                                                                                                     
Hello ;)
a oto i rozdział trzeci. Krótszy od poprzednich, bo początkowo miał on być zakończeniem rozdziału drugiego, ale ponieważ blogger nie ogarnął, to postanowiłam podzielić go na dwa rozdziały.
Powoli zaczyna się coś dziać. Na początek młody Leto wpada w tarapaty.  ;)
Nie jestem z tych wypocin zbyt zadowolona, mam nadzieję, że przy pisaniu czwartego rozdziału będę miała więcej weny. 

2 komentarze: