Little party never killed nobody
***
Jared
wściekły wyszedł z wieżowca, w którym mieściło się mieszkanie
jego brata. Stanął na chodniku i rozejrzał się dziko po okolicy,
jakby spodziewał się jakiegoś znaku od Boga, albo interwencji sił
wyższych. Niebiosa powinny się teraz rozstąpić, Bóg powinien z nich wyjrzeć i pogrozić Shannonowi palcem! Tak! tak właśnie powinno się stać.
Wokalista już
dawno nie był na brata tak wściekły. Jadąc do niego, miał nadzieje
na rozmowę i wyjaśnienie wszystkiego. Shannon ostatnio zachowywał
się dziwnie. To znaczy on zawsze zachowywał się dziwnie, ale teraz
to już zaczynało być irytujące. Jared podejrzewał, że jego
starszy brat przez lata ich współpracy przyzwyczaił się, że
wszystko co związane z zespołem załatwia Jared. Shannon po prostu
przestał się tym interesować. Nie obchodziło go nic poza sprawami
ściśle związanymi z muzyką. Promocja, czy reklama nie
interesowała go wcale. Robił po prostu to, co kazali mu brat lub
Emma. I było mu z tym dobrze. Mógł wieść bezstresowe życie,
bawić się, pić i pieprzyć wszystko co popadnie.
Jared westchnął ciężko stojąc na chodniku. Z jednej strony Shannon miał rację. W sposobie prowadzonego życia, podejścia do ludzi, zwłaszcza do kobiet, niewiele się różnili. Dobra zabawa i beztroskie życie było ich priorytetem. Jednak do tej pory zawsze potrafili to jakoś wyważyć, aż do teraz. Jared zdawał sobie sprawę, że może trochę przesadza. Jego bratu zdarzało się już w życiu zachowywać dużo bardziej nierozsądnie. Tylko tym razem Jaredowi skończyła się cierpliwość.
Stał
tak i nie wiedział co ze sobą zrobić. Musiał się odstresować.
Musiał gdzieś pójść. Sam miał ochotę się napić, ale na pewno
nie w towarzystwie Shannona i jego kolegów. Ruszył przed siebie,
kopiąc niedbale leżącą na chodniku paczkę po papierosach. Od co
najmniej 10 lat nie miał w ustach papierosa. Już nawet nie pamiętał
jak smakują. A może by tak znów zapalić? Dla odstresowania,
poczuć zbawienne działanie dymu w płucach.
Rozmyślał tak idąc bez celu przed siebie, kiedy zadzwonił jego telefon. Odebrał nie patrząc nawet kto dzwoni
- Leto!
- usłyszał w słuchawce głos kumpla – Słyszałem, ze jesteś
w mieście!
- Colin – Jared zaśmiał się do telefonu – A no jestem, jestem. Na krótko, ale jestem.
- Colin – Jared zaśmiał się do telefonu – A no jestem, jestem. Na krótko, ale jestem.
- I
nie dzwonisz?! - W głosie Farella słychać było oburzenie – Tak
dawno razem nie piliśmy. Jared znów zaśmiał się do słuchawki.
- Coś
proponujesz?
- Jakieś
piweczko, wódeczka, dzisiaj, teraz, zaraz – Colin szybko
przeszedł do konkretów.
- Chorego
się pytasz! - wykrzyknął Jared – Gdzie?
- Może
u mnie? - zaproponował przyjaciel – urżniemy się kulturalnie, u
mnie na chacie.
- U
Ciebie? - Jaredowi nie do końca podobał się ten pomysł – Nie
lepiej gdzieś na miasto wyjść? Nie byłem jeszcze w tym nowym
klubie Brenta.
- No
przegapiłeś otwarcie!
- Więc
muszę to nadrobić.
- Dobra,
to o której? Jak znam życie musisz się jeszcze zrobić na bóstwo.
- kumpel zaśmiał się ironicznie.
- Weź
spierdalaj! - warknął Leto – mogę tam być za pół godziny,
jestem niedaleko.
- Dobra, to ja też się zbieram. Do zobaczenia.
- Dobra, to ja też się zbieram. Do zobaczenia.
Piętnaście minut później siedział w taksówce mknącej w stronę nowego klubu jego przyjaciela Brenta Bolthouse’a. Chociaż „mknącej” to stanowczo zbyt dużo powiedziane. Najwyraźniej połowa LA postanowiła się akurat w tej samej chwili co Jared przemieszczać po mieście. Szybciej byłoby chyba pieszo. Pomyślał z irytacją.
Brent miał w Los Angeles i nie tylko, kilknaście ekskluzywnych nocnych klubów. Był prawdziwym królem nocnego życia. W jego lokalach zawsze grali najlepsi DJe, lał się najdroższy alkohol i tańczyły najgorętsze kobiety. Jared wyciągnął telefon i postanowił zadzwonić do Bolthouse’ a i uprzedzić go o swoim przybyciu. Odebrał po 3 sygnale.
- No
co tam stary? - zapytał, bez powitania
- Siema!
Wybieram się właśnie do tego Twojego nowego klubu.
- Zajebiście!
Tak się składa, że właśnie w nim jestem. Sam będziesz?
- Nie,
Farrell też wpadnie.
- A
Shann, Tomo? Reszta Twojej koncertowej ekipy?
- A
weź mnie, kurwa, nie denerwuj.
- Dobra,
nie irytuj się tak – zaśmiał się Brent – złość piękności
szkodzi. Zbrzydniesz i czym będziesz zarabiał - na życie?
- Nie
martw się z głodu nie umrę – odpowiedział mu równie ironicznie.
- Tylko
dlatego, że mało jesz – Brent nie dawał za wygraną – Dobra
piękny, kiedy będziesz?
- Jak
się przebiję przez te korki – westchnął z rezygnacją Leto.
- Ok, już szykuję komitet powitalny – zaśmiał się Bolthouse.
- Ok, już szykuję komitet powitalny – zaśmiał się Bolthouse.
***
Aria leżała z głową opartą na piersi Rafaela. On obejmował ją
mocno ramieniem, drugą ręką gładząc rytmicznie po nagich
plecach.
- Lubie Twoją skórę – powiedział, nie przestając jej gładzić
– Jest taka milusia w dotyku.- Twoja też jest niczego sobie – Aria potarła nosem o jego tors, uśmiechając się lekko. - Uwielbiam Twoje ciało. - Wymruczała, przesuwając się w górę by spojrzeć mu w oczy, jednocześnie błądząc palcami po jego płaskim wytrenowanym brzuchu. - Jest takie idealne. - Powiedziała, dając mu lekkiego buziaka w usta. - Jak cały Ty.
- Daleko mi do ideału – powiedział, oddając jej pocałunek. - Pamiętasz, że w sobotę jest ta impreza w wytwórni? - zapytał, chcąc szybko zmienić temat.
- Stanowczo musisz się nauczyć przyjmować komplementy – odburknęła, z powrotem kładąc się na jego torsie. - Tak, pamiętam o tej imprezie.
- Nie wyczuwam w Twoim głosie entuzjazmu – Rafael z lekkim rozbawieniem podniósł głowę, chcąc zobaczyć jej minę.- Nie chcesz tam iść?
- Nie, to znaczy... tak... - zająknęła się – nie o to chodzi.
- A o co? - Rafael przesunął się tak, że już nie leżała na jego piersi, ale obok niego patrząc mu w oczy. - Powiedz mi o co chodzi.
- Oj o nic – próbowała go zbyć.
- Nie umiesz kłamać, Arianno. - zaśmiał się. Ujął w palce jej brodę by zmusić ją do spojrzenia na siebie. - Więc? O co chodzi?
- Naprawdę, to nic takiego. - westchnęła zrezygnowana, przekręcając się na plecy i wbijając wzrok w sufit – Po prostu, jak zawsze, będę musiała iść na zakupy, kupić coś odpowiedniego. Wiesz, że po pierwsze, za tym nie przepadam. Po drugie, nie mam na to czasu. Po trzecie, Sara wyjechała, nawet nie będzie mi kto doradzić. - marudziła.
- Tak myślałem – Rafael zaśmiał się pod nosem. - Poczekaj chwilę. - Cmoknął ją szybko w usta i wstał z łóżka. Nagi, jak go pan Bóg stworzył, ruszył do swojej garderoby.
Aria przekręciła się na brzuch, wodząc za nim wzrokiem. Naprawdę był wyjątkowym okazem mężczyzny. Wysoki, wysportowany, umięśniony i do tego taki cholernie przystojny. Wrócił po kilku chwilach, niosąc wielkie czarne pudełko przewiązane złotą wstążką.
- to dla Ciebie - powiedział, podając jej pudełko i
uśmiechając się przy tym jak mały chłopiec.
- Co to? - zapytała, chociaż w głębi duszy dobrze wiedziała
co to jet. Wzięła od niego pakunek, potrząsając nim lekko z
udawanym przestrachem.
- Nie domyślasz się? - Rafael posłał jej łobuzerski uśmiech
– Otwórz.
Rozwiązała wstążkę i zdjęła wieko pudełka. Rozerwała kremową bibułę znajdującą się wewnątrz i jej oczom ukazał się kawałek czerwonego, koronkowego materiału. Wzięła go w ręce. Oto trzymała czerwoną, koronkową, krótką sukienkę. Wykonana z gęstej delikatnej koronki, miała odkryte plecy i niewielki dekolt. Była po prostu śliczna. Z jednej strony skromna, ale jednocześnie cholernie seksowna. Taka jak Aria lubiła.
- Jest śliczna! - zawołała, patrząc na Rafela – Dziękuje – wrzuciła sukienkę z powrotem do pudełka i wpadła w objęcia siedzącego obok niej Rafaela, przewracając go na plecy i całując. W policzek – Dziękuje – W drugi policzek – Dziękuje – w końcu w usta.
- Widzę, że Ci się podoba. - powiedział z ustami przy jej
ustach.
- Oj tak – uśmiechnę się do niego promiennie – Tak dobrze
mnie znasz.
- Chciałbym poznać cię jeszcze lepiej – sugestywnie przesunął
ręką po jej biodrze, w stronę tali.
- Oj myślę, że w tej materii znasz mnie lepiej niż ktokolwiek.
- zaśmiała się, kiedy Rafael szybkim ruchem przekręcił ją na
plecy, wciskając w materac i całując namiętnie.
***
Po ponad godzinie siedzenia w taksówce Jaredowi wreszcie udało mu się
dotrzeć na miejsce. Colin podobno już tam był. Zdążył mu już
wysłać 4 smsy. Jared szybkim krokiem przeszedł wzdłuż ustawionej
pod klubem kolejki, przypakowani bramkarze selekcjonowali wchodzących
gości. Nie zdążył się nawet odezwać do pierwszego z nich, kiedy
ten odezwał się do niego.
- Panie
Leto, proszę tędy – przepuścił go w wejściu – Kate
zaprowadzi pana do pańskiej loży. - Skinął na wysoką szczupłą
blondynkę, ubraną w obcisłe czarne skórzane spodnie i gorset.
Usta miała pomalowane intensywnie różową szminką, a na szyi
miała muszkę w identycznym kolorze.
- Proszę
za mną – uśmiechnęła się do niego, trzepocząc rzęsami.
Odpowiedział jej uśmiechem i gestem wskazał, aby szła przed nim.
Idąc za nią, lustrował jej figurę. Była szczupła, zgrabna i
miała całkiem niezły tyłek opięty dodatkowo skórzanymi
spodniami. Jared potrząsnął energicznie głową, próbując
odsunąć od siebie wizję, w której pieprzy ją w ten zgrabny
tyłeczek. Opanuj się chłopie! Ile Ty masz lat? Piętnaście? Napominał sam siebie w myślach. Stanowczo musi coś dzisiaj
zaliczyć. Z braku seksu zaczyna mu już odwalać.
Rozglądając
się w drodze do swojej loży wypatrzył już nawet kilka niezłych
laseczek. Niektóre z nich zdawały się go poznawać, bo uśmiechały
się uroczo i pokazywały na niego palcem szepcząc coś do
koleżanek. Czemu baby na imprezy zawsze muszą
przychodzić stadami? Zastanawiał się idąc za blondynką do
stolika.
Colin
Farrell siedział rozparty na wielkiej pluszowej czerwonej kanapie w
towarzystwie dwóch seksownych kobiet. Jedna była ruda i długonoga,
druga miała blond loki i rzucający się z daleka w oczy biust.
- Jared!
Wreszcie jesteś! - Farrell wstał z kanapy i zatopił Leto w
niedźwiedzim uścisku – Długo Cię nie było.
- Korki
– mruknął tylko Jared, klepiąc kumpla po plecach.
- Dobra,
ważne, ze jesteś. Poznaj dziewczyny – uśmiechnął się do
niego znacząco – to jest Misty – wskazał na blondynkę – a
to Phoebe. Panie, to mój przyjaciel Jared.
-Cześć
– siedząca bliżej niego blondynka podniosła się z kanapy
pocałowała Jareda w policzek, kładąc mu jednocześnie rękę na
ramieniu. - Misty – uśmiechnęła się kokieteryjnie. Oj,
trudno to dzisiaj nie będzie. Pomyślał Leto witając się z
nią.
- Phoebe
– ruda przywitała się z Jaredem tak samo jak przed chwilą jej
koleżanka.
- Leto
rozsiadł się na kanapie uśmiechając się do kobiet i rozmawiając
z Colinem. Farell zamówił butelkę whiskey i wszystko od razu
zaczęło dziać się szybciej. Jared pił kolejne łyki, a siedząca
obok niego blondi przybliżała się coraz bardziej, szczebiocąc mu
do ucha bzdury, których nawet nie rejestrował. Zarejestrował za
to, dziewczyna ma świetny biust, który Jared może dokładnie
podziwiać, kiedy blondynka nachyla się do niego.
- Może
zatańczymy – Misty uśmiechnęła się słodko do Jareda,
przejeżdżając jednocześnie ręka po jego udzie.
- Jasne
– Leto złapał jej rękę – chodźmy na parkiet
- Pociągnął
dziewczynę za sobą i kątem oka dostrzegł, że Farell i
towarzysząca mi długowłosa ruda (Jared już nie pamiętał jej
imienia) idą w ich ślady. Kilka chwil później tańczyli w tłumie.
Chociaż właściwie ciężko było to nazwać tańcem. Dziewczyna
uwiesiła mu się na szyi i wiła wokół niego niczym wąż,
ocierając się przy okazji pośladkami, lub biustem. Bez wątpienia
wszystko to zmierzało do jednego i Jared wcale z tego powodu nie
narzekał. Już miał zaproponować by w ogóle zmienili miejscówkę
na mieszkanie dziewczyny, czy też jakiś najbliższy hotel, kiedy za
plecami blondynki zobaczył, że dzieje się coś niepokojącego.
Jakiś
rozawanturowany facet nagle wyrywa rudą z ramion Farrella wyrażając
mu przy tym pięścią. Wściekły aktor, który miał już nie źle
w czubie, zaczyna mu się odgrażać i nadskakiwać. Jared znając
temperament przyjaciela wyswobodził się z objęć blondynki i
ruszył mu na pomoc. Chciał po prostu odciągnąć Farrella i
załagodzić całą sytuację, ale wtedy znikąd pojawił się chyba
kolega tego rozawanturowanego blondyna i zanim Leto się zorientował
brał udział w regularnej bójce. Rozdzielili ich dopiero
ochroniarze, wyciągając całą czwórkę przed klub.
- Siadać
na dupach – rosły ochroniarz pchnął Jareda na stojąca pod
klubem ławkę. Z wargi Leto kapała krew i czuł pulsujący ból w
okolicach lewej skroni. Pamiętał, że tam dostał ostatni cios. –
zaraz będzie policja.
- Jaka,
kurwa, policja? - Jared i Colin poderwali się jednocześnie
- Siadać
na dupach – ochroniarz po raz kolejny posadził ich na ławce.
Drugi, równie przypakowany przytrzymywał dwóch pozostałych
uczestników bójki.
- Chce
natychmiast rozmawiać z Brentem! - zawołał Farrell
- A
ja chce przelecieć Beyonce, ale jej tu kurwa nie ma! - odezwał się
ochroniarz.
- Ej,
uważaj na słowa – Jared znów podniósł się z ławki –
Wezwij szefa, ale już!
- Siadaj
na dupie! - ochroniarz tym razem pchnął Leto nieco brutalniej –
Szefa nie ma, pojechał do innego klubu.
- Ale...
- Leto próbował jeszcze coś powiedzieć, ale zamilkł, kiedy
zobaczył migające światła nadjeżdżających radiowozów. -
kurwa – zaklął tylko pod nosem.
- To
jest jakiś absurd! -Farrell nie dawał za wygraną – To ja
zostałem zaatakowany.
- Będziesz
się tłumaczył smerfom na komisariacie. - odpowiedział
ochroniarz.
- W tym
samym czasie zbliżył się do nich policjant.
- Otrzymaliśmy
zgłoszenie – wymamrotał z niezadowolona miną. - dotyczące
zakłócania spokoju na terenie dyskoteki.
-Jakiego
zakłócania spokoju? – Farrell znów zaczął się rzucać.
- Spokojnie
przystojniaczku – policjant złapał go za ramię - wyjaśnimy
sobie wszystko na komisariacie.
- Ja
nigdzie nie idę! - zaoponował Farrell
- Nie
musisz nigdzie iść, zawieziemy Cię – zaśmiał się policjant –
Dawać rączki jesteście aresztowani. Steve, zakuj tych drugich
dwóch przyjemniaczków.
- Zaraz
zaraz panowie – tym razem to Jared nie wytrzymał – Nie wiecie
kim my jesteśmy? Będziecie tego żałować!
- Wszyscy
tak mówią, rączki. - policjant wyciągnął zza paska kajdanki
- To
naprawdę nie jest konieczne – Leto cofnął się o krok.
- Słuchaj
no Ty, albo dobrowolnie wyciągniesz łapska i pozwolisz się zakuć,
albo najpierw przekonam Cie do tego paralizatorem. Jak wolisz? Wybór
należy do Ciebie. - zagroził policjant. Jared dostrzegł, ze w tym
samym czasie drugi z nich pakuje do radiowozu tamtych dwóch gości.
W ogóle nie oponowali. Od wyciągnięcia ich z klubu nie odezwali
się ani słowem.
- Będziecie
tego żałować – warkną Leto wyciągając przed siebie ręce. W
tym samym czasie usłyszał błysk flesza i zobaczył błysk
migawki. Dwóch paparazzi wyskoczyło właśnie zza krzaków i w
najlepsze robiło zdjęcia. O kurwa, jeszcze tylko tego brakowało,
pomyślał.
- Może
będziemy, a może nie. - policjant zapiął mu na rękach ciężkie,
metalowe bransolety. - A teraz uważaj na główkę i wsiadaj do
radiowozu.
Hello ;)
a oto i rozdział trzeci. Krótszy od poprzednich, bo początkowo miał on być zakończeniem rozdziału drugiego, ale ponieważ blogger nie ogarnął, to postanowiłam podzielić go na dwa rozdziały.
Powoli zaczyna się coś dziać. Na początek młody Leto wpada w tarapaty. ;)
Nie jestem z tych wypocin zbyt zadowolona, mam nadzieję, że przy pisaniu czwartego rozdziału będę miała więcej weny.
Powoli zaczyna się coś dziać. Na początek młody Leto wpada w tarapaty. ;)
Nie jestem z tych wypocin zbyt zadowolona, mam nadzieję, że przy pisaniu czwartego rozdziału będę miała więcej weny.
super rozdział czekam na nowy =)
OdpowiedzUsuń:)
OdpowiedzUsuń