środa, 30 lipca 2014

Rozdział 2

Is it right?

***

Lepiej dla Ciebie, żebyś nie wiedział. Te słowa brzęczały mu w uszach jeszcze na długo po ich rozstaniu. Kim była ta kobieta? Czemu była taka tajemnicza? Co ukrywała za tymi pięknymi ciemnymi oczami? Dlaczego nie chciałam mu nawet powiedzieć jak ma na imię? Te pytania nie dawały mu spokoju. Tak zajął się myśleniem o pięknej nieznajomej, że nie zauważył, kiedy nogi same zaniosły go do wytwórni. Nie zauważył też goniącej go Emmy.
- Jared!- Ludbroock złapała go za ramię i odwróciła w swoją stronę – Wołam Cię już od kilku minut!
- Sorry, zamyśliłem się, nie słyszałem – wymamrotał.
- Co Ty taki jakiś niewyraźny jesteś? - przyjrzała mu się uważnie – Tak się przejmujesz tym spotkaniem? Rozmawiałam z paroma osobami, podobno to tylko taka kurtuazyjna pogawędka.
- Co? - Jared nie słuchał jej zbyt uważnie.
- No tłumacze Ci, że on raczej nie chce nic szczególnego – odpowiedziała lekko poirytowana Emma.
- To po cholerę nas tu ściągnął?

 
- Manager Linkin Park mówił... – zaczęła
- Manager Linkin Park? A co on ma do tego? - Leto szczerze się zdziwił. I po raz pierwszy od kilku minut zainteresował rozmową. - Przecież oni tu nawet nie nagrywają.
- Już nagrywają. - powiedziała Emma, posyłając mu uśmiech mówiący a ja wiem coś czego Ty nie wiesz – Tydzień temu podpisali kontrakt.
- O kurde, to się prezes postarał. – mrukną Jared, bardziej do siebie niż do swojej asystentki.
- Rozchmurz się, miałeś robić dobre wrażenie. – Emma wyrwała go z rozmyślań szturchnięciem w ramię.
- A co ja jestem? Panna na wydaniu?
- Jared do cholery! – Ludbrook wyraźnie się zirytowała – Gość jest nowym prezesem. Podobno śpi na forsie. Zaprasza nas na rozmowę, jest do nas przyjacielsko nastawiony. Jeśli to dobrze rozegramy, możemy sporo zyskać. - Tłumaczyła mu jak małemu dziecku.
- Niby co? - Nie rozumiał o czym ona mówi.
- Chciałeś wielką kasę na teledysk? - Zapytała raczej retorycznie.
- Ustaliliśmy ostatnio, że pokrywamy to z naszych pieniędzy - Wrócił myślami do rozmowy, jaką odbyli kilka dni temu. - i nie będziemy się prosić wytwórni.
- Ale sytuacja się zmieniła. Zmienił się właściciel. Może nie będziemy musieli wyciągać własnej kasy. – Emma popatrzyła na niego z błyskiem w oku. Coś kombinowała.

Trzy minuty później młoda blond włosa sekretarka wprowadzała ich do gabinetu prezesa. Rafael Sant-Andre siedział w wielkim skórzanym fotelu przy równie wielkim biurku. Na pierwszy rzut oka Jared stwierdził, że nowy prezes jest młody. Sporo młodszy od niego. Kobiety powiedziałyby pewnie, że jest też przystojny. Ciemne włosy, zielone oczy i mocno zarysowane kości policzkowe. Ubrany w drogi  garnitur i białą koszulę z cienkim czarnym krawatem, uśmiechnął się do nich na pozór przyjaźnie, ale z ledwo dostrzegalną nutą wyższości i wstał zza biurka. Z daleka widać było, że jest dobrze zbudowany, wysportowany. Nawet Jared musiał przyznać, że wyglądał trochę jak model z jakiegoś ekskluzywnego magazynu z modą dla mężczyzn. Do tego emanował tak wielką pewnością siebie, że zapewne nie tylko Leto to poczuł. Ten facet znał swoją wartość. Zdawał sobie sprawę z władzy, jaką posiadał i to dodawało mu jakiejś tajemniczej siły.
- Witam państwa – wyciągnął rękę najpierw w stronę Emmy – Rafael Sant-Andre
- Emma Ludbroock – Jared od razu zauważył maślane spojrzenie, jakie jego asystentka rzuciła w stronę prezesa. No bez jaj. Pomyślał.
- Jared Leto – uścisnął jego dłoń. Zauważając przy okazji na nadgarstku prezesa drogi markowy zegarek z jednej z nowych kolekcji. Jared sam zastanawiał się nad zakupem podobnego, ale ostatecznie uznał, że niepotrzebne mu aż tak drogie cacko, którego właściwie i tak nie będzie używał.
- Proszę bardzo, usiądźcie. Napijecie się czegoś? - Rafael przerwał modowe rozmyślania Leto i sprawnie przeszedł od ‘proszę państwa’ do mówienia im na ‘Ty’.
- Ja poproszę kawę, jeśli można. – Emma uśmiechnęła się przymilnie, mrugając przy tym powiekami.
Boże, jestem w piekle. Pomyślał Jared. Jego asystentka nigdy się tak nie zachowywała, a przecież przez lata współpracy z nim zdarzyło jej się wielokrotnie poznać wielu znanych ze swojej urody mężczyzn. Aktorów, modeli, wokalistów. Mimo to nie śliniła się na ich widok tak jak teraz do tego, pożal się boże, prezesa. Leto nie wiedział czemu, ale nie podobał mu się ten gość. Chociaż wydawał się być miły i uprzemy to jednocześnie sprawiał wrażenie aroganckiego bogatego dupka. Patrzył na nich z wyższością. Tak przynajmniej jego zachowanie odbierał wokalista.
- Oczywiście, a Ty Jared? - Rafael spojrzał na wokalistę.
- Dziękuje, niedawno piłem kawę. Jak byśmy mogli przejść do konkretów... - powiedział - Trochę mi się spieszy. - Emma popatrzyła na niego groźnie, dobrze wiedziała, że nie ma na dzisiaj żadnych planów. Dopiero co skończyli Europejską część trasy, przez najbliższych kilka dni mieli odpoczywać przed wyjazdem do Azji i Australii.
- Spokojnie, nie zajmę Wam dużo czas. - Sant-Andre usiał z powrotem za swoim ogromnym biurkiem, przy którym spokojnie zmieściłoby się i dziesięć osób. Nonszalancko rozparł się w fotelu. Nacisnął jakiś przycisk na stojącym na biurku telefonie i poprosił sekretarkę, żeby przyniosła kawę dla Emmy. - Chciałem Was przede wszystkim poznać. Szkoda, że nie ma reszty zespołu.

Oj szkoda, kurwa, szkoda. Pomyślał Jared. Już on sobie porozmawia z Shannonem i Tomo jak tylko stąd wyjdzie. Jak zwykle zostawili wszystko na jego głowie. Nie chciało im się tu przychodzić, więc wymigali się bezczelnie.
 
Tomo profilaktycznie wybył do teściów za miasto i twierdzi, że nie może stamtąd zbyt szybko wrócić, a Shannon udawał, że jest chory. Chociaż jak Jared widział go dwa dni temu, to wcale na chorego nie wyglądał. On niestety nie mógł sobie olać tego spotkania. Czy chciał, czy nie musiał tu siedzieć.

Emma i Rafael dyskutowali już o czymś z ożywieniem, a on starał się załapać sens rozmowy. Ludbrook opowiadała o trwającej właśnie trasie, fanach, koncertach, planowanym teledysku. Buzia jej się nie zamykała, trzepotała przy tym rzęsami i uśmiechała się słodko. Zupełnie jak nie Emma. Szczebiotała jak nastolatka na pierwszej randce tylko, że opowiadała o ich planach i osiągnięciach. Jared od czasu do czasu przytakiwał jej słowom i udawał, że wcale nie jest tym wszystkim znudzony.

Z zainteresowaniem zaczął słuchać dopiero wtedy, kiedy Emma sprawnie przeszła do tematu finansowania teledysku. Znał ją już tak długo, a nadal potrafiła go zaskoczyć swoimi umiejętnościami. Negocjatorem była wręcz genialnym. Chociaż tym razem trochę zbyt często gubiła wątek, parzyła w swoje splecione na kolanach ręce i rumieniła się jak nastolatka. Ja pierdole, on się jej podoba!

Opowiadała właśnie o poszukiwaniu odpowiedniego miejsca do nakręcenia klipu, kiedy na biurku Sant-Andre rozdzwonił się telefon.

- Przepraszam – mruknął prezes, wciskając przycisk na telefonie.
- Panie Sant-Andre, mam na linii Coopera. Mówi, że to ważne. - odezwała się sekretarka.
- Połącz. - odpowiedział, wciskając kolejny przycisk i biorąc do ręki słuchawkę – O co chodzi Cooper? - Zapytał.- Tak... Teraz? Gdzie? - zmarszczył brwi, przez jego twarz przemknął cień jakiegoś dziwnego uczucia. Jared nie potrafił go rozszyfrować. Złość? Strach? Irytacja? - Nie... Pilnuj jej...-Sant-Andre kontynuował, rozmowę - Masz jej nie spuszczać z oka... - warknął surowo do słuchawki - Zadzwonię do Ciebie niedługo. - rzucił jeszcze i rozłączył się. - Przepraszam, na czym skończyliśmy? - spojrzał z powrotem na Jareda i Emmę. Przetarł oczy ręką i przez chwilę sprawiał wrażenie zmartwionego, trapionego jakimś wielkim kłopotem.
- Emma opowiadała o naszym nowym teledysku – przypomniał Jared
- Ach tak, kontynuuj, proszę. – uśmiechnął się do Emmy, który oblała się rumieńcem jak piętnastolatka na pierwszej randce i jąkając się zaczęła dalej opowiadać. 
Kiedy pół godziny później wychodzili z gabinetu prezesa, Jared nie do końca wiedział, jakim cudem Ludbrook przekonała Rafaela do wyłożenia grubej kasy na ich najbliższy teledysk, ale najważniejsze było to, że ją dostali.
- Emma jesteś wielka – powiedział, gdy wchodzili do windy. Postanowił przemilczeć jej zbyt emocjonalną reakcję na pana prezesa. Nie miał ochoty na dyskusje o problemach sercowych swojej asystentki.
- Jared, nie denerwuje mnie – warknęła na niego, wciskając przycisk w windzie.
- A co ja znów zrobiłem?
- No właśnie nic! - wrzasnęła – przez całe spotkanie odezwałeś się może 3 razy i za każdym razem wydawałeś tylko jakieś nieartykułowane pomruki!
- A co miałem mówić, skoro Ty wszystko załatwiałaś? Nie chciałem Ci przeszkadzać. - Jared nie zamierzał się przyznać, że w połowie spotkania znów na chwilę się wyłączył i zaczął myśleć o kobiecie z kawiarni. O jej ciemnych oczach, pełnych ustach i tajemniczym uśmiechu. Kurwa, stanowczo potrzebuje nowej kochanki, albo po prostu dziewczyny do towarzystwa. Stanowczo zbyt długo nie miał dobrego seksu. I to przez to teraz się ślini na myśl o jakiejś brunetce, która go bezczelnie olała. No właśnie! A może to o to chodzi? Że go olała?
- Jared do kurwy nędzy! - Emma brutalnie sprowadziła go na ziemię- Jak zazwyczaj jesteś taki wygadany, gęba Ci się nie zamyka, tak dzisiaj, kiedy akurat mogło to nam się do czegoś przydać, postanowiłeś złożyć śluby milczenia?
- Jestem zmęczony, chcę wreszcie odpocząć. – powiedział łagodnym tonem, chcąc chociaż trochę załagodzić sytuację. Kłótnia z Emmą była ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował.
- Do soboty masz czas na zregenerowanie sił. - powiedziała Ludbrook, kierując się w stronę wyjścia z wytwórni. Wcale nie wyglądała na udobruchaną.
- A co jest w sobotę? - Zapytał głupkowato.
- Kurwa! - Emma aż stanęła ze złości. Tak, że idący kilka kroków za nią Jared nie wpadł na nią tylko dzięki szybkiemu refleksowi. - Czy Ciebie ktoś dzisiaj podmienił?
- O co Ci chodzi? - Zapytał skonsternowany.
- Czy Ty w ogóle słuchałeś o czym my w tym gabinecie rozmawialiśmy? - popatrzyła na niego podejrzliwie.
- Częściowo – mruknął, patrząc gdzieś w bok i unikając świdrującego go wzroku asystentki.
- Jared! - Emma już chyba straciła do niego cierpliwość. - W sobotę jest impreza zorganizowana przez pana Sant-Andre dla wszystkich ludzi związanych z wytwórnią. Mamy się tam stawić. Wszyscy. Tomo i Shannon też.
- Po co? - Zapytał cierpko. Wcale nie miał ochoty nigdzie iść. Dobrze wiedział, że będzie drętwo. Osobiście wolałby wybyć na miasto w towarzystwie Terry’ego i kilku jego seksownych modelek, może to pomogłoby mu zapomnieć o kobiecie z kawiarni.
- Ty, bywalec wszelakich imprez odbywających się w LA pytasz mnie po co?! - zapiszczała Emma.
- Yyy tak – Jared podrapał się po głowie.
- Nie wkurzaj mnie! Właśnie wynegocjowaliśmy zajebiste dofinansowanie na teledysk! Nie, my go nie wynegocjowaliśmy, my je dostaliśmy dzięki dobrej woli tego człowieka. Jedyne czego chce w zamian to parę godzin spędzonych na jakimś śmiesznym przyjęciu. Tak ciężko Ci to zrozumieć? - Emma popatrzyła na niego wrogo. - Macie być. Wszyscy trzej. Twój braciszek i jego chorwacki kumpel też! - pogroziła mu palcem przed nosem. - Jak nie będą chcieli przyjść to im powiedz, że będzie darmowy alkohol. - rzuciła jeszcze zgryźliwie.
- Przyjdą, już moja w tym głowa – mruknął gniewnie Jared
- No ja myślę. – Ludbrook ruszyła znów do wyjścia. - Podwieźć Cię gdzieś? - zapytała z udawaną słodyczą - Podobno się spieszysz. - mruknęła ironicznie.
- Nie, dzięki. Trafię do domu.
Ruszył w stronę postoju taksówek. Nie pamiętał już kiedy sam prowadził samochód. Jego auto stało w garażu i czekało na lepsze czasy, w których Jared będzie miał czas i ochotę na pojechanie z nim na przegląd. Nie jeździł nim prawie od roku, zwyczajnie nie było go w domu. Nie było też komu zabrać samochodu do warsztatu i zrobić okresowe badanie techniczne, więc po prostu sobie stało. Teraz też Jared był w mieście tak krótko, że mu się to nie opłacało. Nie chciało mu się marnować czasu na takie bzdury.
Wsiadł do taksówki i podał adres Shannona. Nie miał zamiaru jechać do domu. Musiał wreszcie pogadać z bratem. To, co dzisiaj odwalił, było niedopuszczalne. To był ich wspólny zespół, razem go zakładali, razem przeszli niejedno, a dzisiaj Shannon tak po prostu się na niego wypiął i nie przyszedł na głupie spotkanie. Mógł przecież przyturlać ten swój tłusty tyłek i tak samo jak Jared, po prostu się nie odzywać. Ale by tu kurwa był, bo to jego zespół!
Na Tomo był jakoś mniej wkurzony. Gitarzysta faktycznie miał rodzinę, z która dawno się nie widział i mógł za nimi tęsknic. Jared wiedział, że Tomo dużo gorzej niż on i Shann znosi rozłąkę z rodziną i przyjaciółmi. Zwłaszcza od czasu kiedy wziął ślub z Vicky. Zostawiać w domu samą żonę to co innego niż zostawiać w nim narzeczoną. Tak przynajmniej twierdził Milicevic. Jared wierzył mu na słowo, nie zamierzał nigdy przekonać się o tym na własnej skórze. Nie ma na świecie takiej kobiety, która by go zaciągnęła przed ołtarz. Co to, to nie. Takie rzeczy są stanowczo nie dla niego.
- Jesteśmy - Odezwał się nagle taksówkarz.
- Wow, tak szybko? – Jared nawet nie zauważył, że już są na miejscu. A gdzie wszechobecny w LA carmagedon? Zapłacił taksówkarzowi, zostawiając mu spory napiwek i wysiadł z samochodu.


 Shannon mieszkał na najwyższym piętrze apartamentowca w samym środku LA. Kiedy młodszy Leto stanął przed drzwiami brata, od razu usłyszał wydobywającą się zza nich muzykę. No pięknie kurwa! Przez moment zastanawiał się czy nie zawrócić i nie pojechać do domu. Jeśli Shannon zrobił imprezę to i tak się z nim nie dogada. 
 

Ostatecznie jednak postanowił zadzwonić do drzwi. Nie mógł odmówić sobie zobaczenia głupiej miny brata, kiedy okaże się, że jego kłamstwo wyszło na jaw. Chciał nacisnąć dzwonek drugi raz, ale wtedy usłyszał ruch za drzwiami, chwile potem ukazał się w nich o dziwo nie Shannon, a jego kumpel Becks.
- Jerry! - zanim wokalista zdążył cokolwiek zrobić, DJ już go ściskał. Był nieźle wstawiony – Kopę lat!
- Cześć Becks. – Jared poklepał go po plecach, następnie wyminął w drzwiach i wszedł do mieszkania brata.
- Dobrze trafiłeś, impreza się dopiero rozkręca. – Becks dogonił go w korytarzu.
- No co Ty nie powiesz? - Jared nawet na niego nie patrzył. – Gdzie Shann?
- Ostatnio widziałem go chyba w salonie.


Tam też udał się Jared. Po mieszkaniu kręciło się parę osób. Większość z nich znał. Byli to kumple Shanna. Właściwie ich wspólni kumple. Jeszcze ze starych czasów. Były też jakieś panienki. Ich akurat Jared nie znał. One zmieniały się w życiu ich i ich kumpli często. Jedna z nich uśmiechnęła się do niego zalotnie, gdy koło niej przeszedł. Normalnie nie pozostałby na coś takiego obojętny. Zapewne poderwanie jej nie zajęłoby mu nawet 5 minut, ale w tej chwili nie o tym myślał.

Z minuty na minutę był coraz bardziej wkurzony na Shannona. Ten pacan kłamał, że jest chory i urządzał sobie w tym czasie imprezę!Rozglądał się gniewnie po ogromnym salonie w poszukiwaniu brata. Wypatrzył go po chwili. Stał przy barze. Ramienia uwiesiła mu się cycata blondynka, która szczebiotała mu coś do ucha.
- To takie teraz leki przepisują na grypę? - zapytał złośliwie, stając przed Shannonem.
- Jared? - jego brat mało nie wypuścił trzymanej w ręku szklanki.
- Nie kurwa, duch święty! - Jared teatralnie rozłożył ręce.
- No bo widzisz... – zaczął Shannon.
- No właśnie kurwa widzę! - warkną Jared – Patrzę i oczom nie wierzę! Podobno jesteś chory! Na grypę zapisują teraz okłady z silikonu? - zapytał złośliwie, patrząc na przyklejoną do brata blondynkę. -Kotku, może pójdziesz sprawdzić czy nie ma Cię gdzieś indziej? - powiedział do niej, a ona popatrzyła na niego z oburzeniem.
- Jared nie przeginaj... – zaczął Shannon.
- Ja przeginam? Ja? - Jared był coraz bardziej wściekły – olewasz sobie spotkanie w wytwórni! Wystawiasz zespół tylko po to żeby się napić wódki i trochę pobzykać? Mało masz tego w życiu?
- Jared... - Shann próbował wejść mu w słowo.
- Co Jared? Co Jared? - nakręcał się coraz bardziej - Są chyba kurwa jakieś priorytety? Zapomniałeś, co sobie obiecywaliśmy?
- Jared to nie jest chwila na takie rozmowy. - Shannon rozejrzał się po pokoju. Prawie wszyscy goście zerkali teraz w ich stronę, nasłuchując i próbując zrozumieć o co chodzi.
- A kiedy będzie, skoro Ty sobie olewasz wszystkie ważne spotkania? - Jared był nieprzejednany.
- Kurwa – Shannon wyplątał się z macek blondynki i ruszył w stronę kuchni, pociągając za sobą Jareda – Ty mi będziesz prawił kazania? Ty? - powiedział, popychając brata przed sobą - Wcale nie jesteś lepszy ode mnie! - powiedział, stając przed nim.
- Ja sobie nie olewam zespołu!
- Kurwa, przestań wreszcie gadać jak jakaś zacięta płyta! - teraz to Shannon się zirytował – to, że raz nie poszedłem na jakieś śmieszne spotkanie, to nie znaczy, że sobie cokolwiek olewam. Mam kurwa prawo odpocząć, tak jak mi się to podoba.
- Okłamywać mnie też masz prawo?
- No właśnie, od razu się przyznaj, że o to Ci chodzi, a nie o zespół! - warknął Shannon.
- Chodzi mi o jedno i o drugie.
- Jared, naprawdę nie mam ochoty się z Tobą teraz kłócić. Albo wejdziesz teraz ze mną do salonu, napijesz się i będziesz zachowywał jak człowiek, albo kurwa wyjdź!
- Wyrzucasz mnie? - Jared popatrzył na brata, jakby widział go po raz pierwszy w życiu.
- Daje Ci wybór.

Shannon nie musiał już nic więcej mówić. Jared odwrócił się na pięcie i wyszedł z kuchni, a potem z mieszkania brata.

***
Aria podjechała swoim jeepem pod bramę domu Rafaela. Od niedawna także jej domu. Chociaż minie zapewne sporo czasu, zanim zacznie tak o nim myśleć. Rafael od dawna nalegał, żeby się do niego przeprowadziła. A ona miała przed tym opory. Zamieszkanie z nim wiązało się bowiem z pełną akceptacją jego stylu życia. Czy tego chciała, czy nie.

Razem z kluczami do jego ogromnej willi otrzymała także plik kart kredytowych dających jej dostęp do jego kont bankowych. Na początku obiecała sobie, że nie będzie z nich korzystać. Ma swoje pieniądze, które jej wystarczają. Wcale nie zarabia tak mało. Jednak Rafael nie dawał za wygraną. Na każdym kroku przypominał jej, że to teraz także jej pieniądze i ma się nie krępować i z nich korzystać.

Po pewnym czasie, dla świętego spokoju, zaczęła to robić. Z umiarem oczywiście. Szybko zorientowała się, że dla Rafaela jej wydatki nie stanowią nawet 1/1000000 dochodów. Nie zauważał, jej zdaniem, kolosalnych sum wydawanych na drogie kosmetyki, czy ubrania. Zapytała go nawet o to kiedyś. Powiedział, że gdyby chciała sobie za jego pieniądze kupić jaguara, żywego, czy też tego na czterech kołach, to jemu to nie będzie przeszkadzało. Wszystko, żeby tylko Aria była zadowolona.
Dodatkowo Rafael przynajmniej raz na kilka dni wyskakiwał z jakimś drogim prezentem. Biżuteria, markowe torebki i ubrania już jej się w garderobie nie mieściły. 3/4 z tych rzeczy i tak nie nosiła. Po pierwsze nie miała gdzie. Gdyby założyła diamentowe kolczyki, idąc na obserwacje swoich podejrzanych celów, tylko by się rzucała w oczy. Torebka od Louisa Vuittona też by jej w tym raczej nie pomagała.
Ale to nie to sprawiało, że nie czuła się w willi Rafaela jak w domu. W niej po prostu nie było domowej atmosfery. Jej chłopak lubował się w sztuce współczesnej. Mieszkanie urządzone było więc w nowoczesnym stylu, przypominającym raczej galerię sztuki niż dom. Brakowało tylko karteczek z napisem „nie dotykać eksponatów”. Wszystko było nowoczesne, sterylne i zimne. Ciągle kręcił się tam też sztab pracowników. Zatrudnionych do doglądania domu. Musiała przyznać, że było to nawet wygodne. Nie musiała martwić się o przyziemne sprawy. Pranie, sprzątnie, gotowanie, zakupy – to wszystko załatwiały pracujące dla Rafaela kucharki, sprzątaczki i gosposie. Ciągnącym się na niezmierzonych połaciach ogrodem opiekował się sztab ogrodników. Był nawet kierowca, chuj wie po co, skoro oboje mieli prawo jazdy.
Ale też szlag ją trafiał za każdym razem, gdy leżąc w niedziele przed telewizorem słyszała co chwila ‘czy może pani coś podać?” „czy życzy sobie pani czegoś?” czuła się czasem jak w hotelu. Wystarczyło psyknąć palcami, a zaraz ktoś się pojawiał i był gotowy jej usługiwać. To było miłe od czasu do czasu, ale na dłuższą metę ją po prostu irytowało. Do tego stanowczo nie była przyzwyczajona. Już od dawna obiecywała sobie, że porozmawia o tym z Rafaelem i jakoś go uprosi, żeby zmniejszył ilość ludzi krzątających się nieustannie po domu, ale nigdy nie miała na to czasu.
Teraz też, gdy tylko podjechała pod dom, z budynku wyskoczył Bruno – kierowca - chcąc prawdopodobnie wyręczyć ja w zaparkowaniu samochodu w garażu. Nie jestem głupią blondynką. Umiem to sama zrobić. Pomyślała, naciskając przycisk na pilocie i otwierając bramę garażu. Sprawnie wjechała do środka i zatrzymała samochód tam gdzie zawsze. Energicznie z niego wyskoczyła i podążyła na górę. 
 
Rafael jak zwykle był w swoim gabinecie. Już od dawna przynosił pracę do domu. Większą część dnia przesiadywał w siedzibie rodzinnej firmy, nowej wytwórni, albo na rozmowach z artystami, których chciał w niej mieć. Wychodził rano i wracał późnym wieczorem. Gdyby ze sobą nie mieszkali, to prawdopodobnie wcale by się nie widywali.
- Jesteś nareszcie! – zawołał Rafael, gdy tylko ją zobaczył.
- Zebranie w redakcji się przeciągnęłoKłamiesz Aria, oj kłamiesz. I cholera, coraz mniej masz przy tym wyrzutów sumienia.
- Kochanie, nie możesz tyle pracować. – powiedział, całując ją w policzek i obejmując.
- Odezwał się ten, który mało pracuje – powiedziała, muskając jego usta.
- No właśnie, ja pracuje, więc Ty nie musisz – wymruczał z ustami przy jej szyi.
- Nie zaczynaj znów – Cholera, a mogło być tak miło.
- Aria, ja tylko...
- Po prostu daj spokój, chcesz się znów pokłócić? – mruknęła, wyplątując się z jego objęć i kierując się w stronę kuchni.
- Nie, oczywiście, że nie – odpowiedział, podążając za nią krok w krok.

Gdy tylko weszła do kuchni, kucharka Rosa i pokojówka Christy poderwały się ze swoich krzeseł.
- Podać coś proszę pani? - zapytała Christy
- Nie, sama sobie zrobię herbatę. – odpowiedziała, chyba niezbyt grzecznie, kierując się w stronę czajnika.
- Ale... – Rosa popatrzyła z lekkim przestrachem na stojącego w drzwiach Rafaela. Aria zdawała sobie sprawę, że jego pracownicy czują przed nim ogromny respekt. Chociaż był od nich wszystkich sporo młodszy, to pozycja, jaką zajmował, pieniądze jakie miał i po prostu wrodzone zdolności przywódcze i ten onieśmielający 90% społeczeństwa sposób bycia sprawiały, że już po jednym spojrzeniu widziało się, że ma się do czynienia z kimś ważnym. Jedno jego słowo czy spojrzenie sprawiało, że wszyscy czmychali po kątach. Tym razem postanowił chyba jednak nic się nie odzywać. Parzył tylko na krzątającą się po kuchni dziewczynę.
- Jeszcze potrafię to zrobić. – Powiedziała Aria, włączając czajnik i wyjmując kubek – Kochanie, stoisz w tych drzwiach, bo coś chcesz, czy tak po prostu na mnie patrzysz? - mruknęła ironicznie do przypatrującego się jej Rafaela.
- Nie, nic nie chcę. Czekam na Ciebie w salonie. - odpowiedział lekko poirytowany i wyszedł z kuchni.

Odwróciła się znów w stronę czajnika. Czekając aż woda się zagotuje, bębniła palcami w blat szafki. Czuła na swoich plecach wzrok kucharki i pokojówki. Nie miała ochoty z nimi rozmawiać. Zresztą, o czym miałaby niby z nimi mówić? Szybko zalała herbatę i ruszyła do salonu. Na wielkiej skórzanej kanapie siedział Rafael, bawiąc się pilotem od ogromnego plazmowego telewizora. Usiadła obok niego.

- Naprawdę musisz odstawiać takie szopki? - zapytał na pozór bez emocji.
- Jakie znów szopki? - zupełnie nie rozumiała, o co mu chodzi – parzenie herbaty to dla Ciebie szopka?
- Nie, wyręczanie personelu to dla mnie szopka – warknął.
- Może zaskoczy Cię to, co teraz usłyszysz, ale przez 25 lat mojego życia nie potrzebowałam pokojówek i kucharek, więc teraz też sobie bez nich poradzę. – wycedziła – Nie jestem jakąś pieprzoną księżniczką! - wstała z kanapy i szybkim krokiem weszła na schody. Nie miała ochoty z nim rozmawiać. 

Będąc już w sypialni udała się prosto do łazienki. Rozebrała się szybko i weszła pod prysznic. Stojąc pod strumieniem letniej wody, po raz kolejny zaczęła się zastanawiać nad własnym życiem. Jak to się stało, że w ogóle jest z Rafaelem? Przecież oni są zupełnie z różnych światów. Coraz mniej się rozumieją. Kiedyś tak nie było. Pomyślała. A może i było, tylko ja byłam tak zakochana, że tego nie widziałam?

Po prostu nie wyobrażała już sobie swojego życia bez niego. Był jego nieodłączną częścią. Był z nią zawsze. Rozstawali się już setki razy. Mieli innych partnerów, a potem i tak do siebie wracali.

Rafael już nawet był jedną nogą na ślubnym kobiercu. Dokładnie cztery lata temu. Ślub i wesele już były przygotowane, goście zaproszeni, suknia panny młodej zamówiona u projektanta. Panna młoda – córka jakiegoś słynnego biznesmena - idealnie pasowała do rodziny Rafaela. Była bogata, piękna i zadufana w sobie i swoim majątku, zakochana w idealnym wyglądzie Rafaela i perspektywie rozrzutnego i opływającego w luksusy i dostatki życia u jego boku. Nie przeszkadzał jej nawet fakt, że Rafael jej nie kochał. Wiedziała o tym. Nie mogła tego nie zauważyć. Chociaż z początku nawet się łudziła, że być może młody milioner coś do niej czuje, ale po prostu nie potrafi okazać swoich uczyć, to straciła tę nadzieję, gdy pewnej nocy usłyszała jak przez sen szepcze imię swojej byłej. Arianny. Błagał ją we śnie, żeby go nie zostawiała, zapewniał o swojej miłości. Wtedy też Amelia zrozumiała, że cały ten związek był tylko i wyłącznie na pokaz.

Jego rodzice byli wniebowzięci, jednak on niekoniecznie. Sam do końca nie wiedział, kiedy związek, który miał być tylko pocieszeniem po rozstaniu z Aria, zaszedł tak daleko. Rodzina naciskała, Amelia też, a on po prostu nie oponował. Na krótką chwilą stracił kontrolę nad własnych życiem. Po cichu liczył, że ruszy to Arię na tyle, by do niego wróciła. Jednak dziewczyna była twarda. Na tydzień przed zaplanowanym ślubem spotkali się przypadkiem. Rafael do dziś pamięta rozmowę, jaką wtedy odbyli:
 
- Jednak to robisz? - zapytała Aria – Żenisz się. No kto by pomyślał.

- Tak, Tobie nigdy nie przeszło przez myśl, że możemy wziąć ślub. – powiedział z wyrzutem.

- Nigdy nie byłam dobrym materiałem na Twoją żonę. – powiedziała, patrząc gdzieś w bok –Z resztą, to nie czas na takie rozmowy. Żegnaj, życzę Ci szczęścia.

- Aria... – złapał ją za rękę, przyciągając w swoja stronę i spojrzał głęboko w oczy. Opuszkami palców muskał jej policzek. – dobrze wiesz, że wystarczy jedno Twoje słowo i...
- Nie - przerwała mu  – Teraz wszystko jest na swoim miejscu. Żegnaj. - pocałowała go w policzek i odeszła.

Po tamtej rozmowie był już pewien, że to koniec. Aria odeszła. Pozwoliła, żeby on odszedł. Tego samego dnia miał wylecieć do rodzinnego Paryża, gdzie miał odbyć się jego ślub. Teraz było mu już zupełnie wszystko jedno. Jeśli nie ma Arii to równie dobrze może wyjść za Amelię, Oliwię, kogokolwiek.

Pakował jeszcze resztę rzeczy, gdy pokojówka poinformowała go, że ma gościa. Mało nie padł z wrażenia, gdy po zejściu do salonu zobaczył Arię. Stanęła przed nim, popatrzyła w oczy i wypowiedziała słowa, które na zawsze zmieniły jego życie: "Nie rób tego..."

Ale to było cztery lata temu. Od tego czasu zdążyli się jeszcze dwa razy rozstać, ale także zamieszkać ze sobą.

Rafael wszedł do sypialni akurat wtedy, gdy Aria owinięta w puszysty kąpielowy ręcznik wyszła z łazienki. Gdy go zobaczyła, odwróciła się plecami, udając, że szuka czegoś w komodzie. Chwilę później poczuła jak Rafael obejmuje ją od tyłu w pasie, przytula się do jej pleców i całuje w kark.
 
- Przepraszam, kochanie – wymruczał jej do ucha – nie złość się na mnie. - odgarnął jej włosy na prawe ramie i znów pocałował, tym razem w szyję. - Chcę tylko, żebyś była szczęśliwa i bezpieczna.
- I dlatego chcesz mnie zamknąć w złotej klatce? - Aria starała się nie dać tak szybko udobruchać, ale z każdym kolejnym pocałunkiem zostawianym przez Rafaela na jej karku i szyi miękła coraz bardziej. Wiedział jak na nią działa i wykorzystywał to perfidnie.
- Nie chcę Cię zamykać w klatce – mruczał z ustami przy jej skórze, ręce przesuwając w górę jej tali aż do piersi. – Chcę tylko, żebyś była bezpieczna. Oboje wiemy jaka jest Twoja praca.
- Lubię swoją pracę. – wymruczała, przechylając głowę i dając mu lepszy dostęp do szyi.
- Wiem, ale ja nie lubię się o Ciebie martwić. Gdyby miało się powtórzyć to, co rok temu... – Urwał, znów mocno obejmując ją w pasie, a Aria poczuła jak jego ciało nagle całe się spina, na wspomnienie wydarzeń sprzed ponad roku. Obróciła się w jego ramionach, chwyciła w dłonie jego twarz, popatrzyła głęboko w oczy.
- To się już nigdy nie powtórzy. - Zapewniła żarliwie – Obiecuje.
- Gdyby coś Ci się wtedy stało... - znów nie dokończył zdania, zamykając oczy i kręcąc głową jakby chciał się z niej pozbyć nieprzyjemnych wspomnień.
- Hej – znów złapała w dłonie jego twarz. Stanęła na palcach, opierając czoło o jego czoło – Jestem tu. Nic mi nie jest. - Otworzył oczy patrząc na nią żarliwie.
- Tak bardzo Cię kocham... - wymruczał, ocierając nosem o jej nos.

                                                                                                                                                     
Hej :)
Oddaję w Wasze ręce drugi rozdział.  Na początek, wyjaśnienie, zastosowany w pierwszym rozdziale zabieg z opisywaniem tej samej sytuacji z perspektywy obu bohaterów raczej nie będzie przeze mnie często używany. Pierwszy rozdział początkowo miał być "krótkim prologiem", dlatego pojawia się w nim taki odmienny zapis.
Opowiadanie rozkręca się powoli, wiem, ale to wszystko potrzebne jest do dalszego rozwoju wypadków.
Blogger trochę nie ogarnia, więc to co początkowo miało znaleźć się jeszcze w tym rozdziale trafi do następnego. Może to i dobrze, ten i tak już jest długi.

Dzięki za komentarze i czekam na następne. 

5 komentarzy:

  1. wspaniały =) .życze weny i czekam na nowy :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki :) nowy będzie być może dzisiaj wieczorem, ewentualnie jutro. Nie mam czasu go dokończyć, ale będę się starać zrobić to szybko. ;)

      Usuń
  2. super rozdział, ten znacznie lepiej się czyta :) czekam na nowy rozdział :D
    Wyłącz werefikacje, strasznie wkurza .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :)
      nie wiem co aż tak wkurza w przepisaniu kilku cyferek, ale specjalnie dla Ciebie wyłączyłam ;)

      Usuń
  3. Masz świetny styl i bardzo przyjemnie się czyta Twoje opowiadanie. Ciekawy, oryginalny pomysł. Na pewno będę często zaglądać. ;)

    OdpowiedzUsuń