sobota, 9 sierpnia 2014

Rozdział 4

What did I do last night? 

***

Rafael wparował do swojego, mieszczącego się na najwyższym piętrze budynku wytwórni, biura ponad półgodziny wcześniej niż zwykle. Pod pachą niósł poranną gazetę i wprost emanował termojądrową wściekłością.

- Brooke – warknął na swoją asystentkę jakby to ona była wszystkiemu winna – połącz mnie natychmiast z Jaredem Leto.
- Oczywiście, pro... - zdążyła tylko wydukać, zanim zniknął za podwójnymi drzwiami swojego gabinetu. Trzaskając nimi głośno.

Brooke szybko odszukała w spisie telefonów numer wokalisty, wybrała go i czekała na połączenie. Jednak zamiast monotonnego piiiiip usłyszała „Wybrany abonent jest w tym momencie nieosiągalny. Prosimy spróbować później”.

- Cholera, szefowi się to nie spodoba. - mruknęła pod nosem.



Pracowała dla Sant-Andre już trzy lata i doskonale wiedziała jakim potrafi być szefem. Zazwyczaj był cholernie wymagający i stanowczy. Nie znosił sprzeciwu, niespodzianek i niesubordynacji. Wydawał polecenia i czekał na ich szybką i sprawną realizację. Bez zbędnych ceregieli przechodził do sedna spraw i nigdy nie spouchwalał się ze swoim personelem. Chociaż do swoich pracowników mówił zazwyczaj po imieniu to zawsze był formalny i rzeczowych.

Większość kobiet w biurze wzdychała do niego i zachwycała się jego urodą, jednak Brooke pracowała na tyle blisko szefa by wiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, tak naprawdę jest aroganckim, zarozumiałym dupkiem, który uważa się za pana wszechświata. Po drugie, jest na zabój zakochany w swojej dziewczynie Ariannie. Zrobi dla niej dosłownie wszystko, sprowadzi z Europy jej ulubione czekoladki, tylko po to by sprawić jej przyjemność, rzuci wszystko i popędzi za nią na drugi koniec kraju, kiedy ta do niego zadzwoni, a nawet przestanie się zachowywać jak zarozumiały i arogancki dupek.

Niestety, dla swoich pracowników nie miał tyle wyrozumiałości i Brooke doskonale wiedziała, że to jej się teraz oberwie za wyłączony telefon Jareda Leto. Wiedziała oczywiście o co chodzi. Widziała poranne gazety i w drodze do pracy słuchała w samochodzie radia. Młody Leto napytał sobie nie lada biedy. I nie chodziło jej tu wcale o problemy z prawem, z tego zapewne szybko się wyplącze, być może nawet przy pomocy prawników z wytwórni. Za to Sant-Andre zje go za tę aferę na śniadanie, a może nawet wyrzuci jego i tę jego śmieszną kapelę na zbity pysk. Nic nie wkurzało szefa tak jak nieposłuszeństwo podwładnych i fakt, że ich zachowanie wpływa na wizerunek jego i firmy. Ciekawe, co też prezes z tym wszystkim zrobi. Nacisnęła przycisk na interkomie i z sercem w gardle czekała na odpowiedź z sąsiedniego gabinetu.

- Tak? - warkniecie po drugiej stronie jasno wskazywało, że prezes nie ma dzisiaj humoru.
- Telefon pana Leto jest nieosiągalny, proszę pana.
- W takim razie skontaktuj się z jego asystentką. Powiedz, że chce widzieć ją i Leto u mnie w gabinecie za godzinę. I zadzwoń do Harveya Scotta, niech będzie w pogotowiu. Bez prawnika się pewnie nie obędzie.
- Dobrze... - odpowiedziała już właściwie sama sobie, bo Sant-Andre zdążył się rozłączyć.


***

Jared siedział na twardej więziennej pryczy. Rozcierał bolący kark. Nie było to łatwe, bo ręce miał nadal skute. Gimnastykował się przy tym jakby uprawiał jogę. Przy okazji próbował zrozumieć co się w ogóle stało ostatniej nocy. Stanowczo za dużo wypił, bo nie pamięta większości wieczoru, a już zwłaszcza tego co doprowadziło go do celi w komisariacie przy Sunset Avenue w Los Angeles. Głowa bolała go niemiłosiernie, miał spuchniętą wargę i wymacał niewielkiego guza na lewej skroni. Poza tym miał kaca i marzył tylko o ciepłym prysznicu i czystych ubraniach. Chciał jak najszybciej wrócić do domu, a potem zaszyć się w nim i nie wychodzić, przez kilka najbliższych dni.

Spojrzał w bok. Farrell spał w najlepsze opierając głowę na skutych nadgarstkach i pochrapując cicho. Nie przejmował się faktem, że zostali zatrzymani. Z tego co Jared pamiętał to cała ta bójka była winą właśnie Farrella albo tej rudej, z którą był. Albo sam nie wie kogo...

I jeszcze ci paparazzi. KURWA tam byli paparazzi. Jego mózg pracował nadal na zwolnionych obrotach i dopiero teraz uświadomił sobie konsekwencje tego faktu. Nie wiedział która jest godzina, ale zgadywał, że zapewne już pół świata obiegły zdjęcia jego i Colina zakutych w kajdanki i pakowanych do radiowozu. KURWA KURWA KURWA.

No i gdzie jest ta Emma? Jared dzwonił do niej w nocy z telefonu na komisariacie. Odebrała, ale po usłyszeniu jego historii powiedziała, że da mu nauczkę i odbierze go dopiero rano. Już jest rano? Gdzie ona jest? Niech się pospieszy! Odruchowo złapał się za kieszeń spodni, chcąc sięgnąć po swój telefon, ale przypomniał sobie, że musiał go oddać do policyjnego depozytu. Kurwa i po stokroć kurwa!!

***

Emma stała w korku i niecierpliwie bębniła palcami w kierownicę samochodu. Nie do końca wierzyła, że to się dzieje naprawdę. Czy ona rzeczywiście jedzie po Jareda na komisariat? To są jakieś jaja. Kiedy Jared zadzwonił do niej nad ranem myślała, że to jego głupi dowcip. Gdy wstała rano i na wszystkich portalach plotkarskich zobaczyła młodszego Leto skutego kajdankami i wsiadającego do radiowozu boleśnie uświadomiła sobie, że to jednak nie żart.

Pluła sobie teraz w brodę, że nie pojechała do niego od razu i nie zajęła się wszystkim. Być może można było uniknąć tego medialnego szumu. Już nie raz udało jej się wyciszyć kilka nieciekawych wybryków jej podopiecznych. Głównie chodziło o pijackie popisy Shanna, ale jak widać i Jared umie się zabawić. Teraz było już za późno i niewiele można było z tym wszystkim zrobić. W samochodzie rozdzwonił się telefon.

- Kurwa, jeśli to znów jakiś dziennikarz to nie ręczę za siebie – mruknęła pod nosem, sprawdzając numer – cholera, wytwórnia! - zaklęła i nerwowo nacisnęła przycisk na kierownicy. - Ludbrook, słucham – rzuciła, umiejętnie tuszując zdenerwowanie, jakie teraz czuła.
- Dzień dobry, z tej strony Brooke Adams, asystentka pana prezesa Rafaela Sant-Andre. Pan prezes chce się spotkać za godzinę z panią i panem Leto.
- Nie wiem czy to możliwe. Dopiero jadę po Jareda. – Emma zdusiła pod nosem kolejne przekleństwo. Jezu, Sant-Andre się wścieknie, a tak dobrze im wczoraj poszło. - Nie wiem jak długo mi to zajmie.
- Przełączę panią do pana Sant-Andre, sama niech mu to pani powie.
- Kurwa – mruknęła pod nosem Ludbrook, mając dzieje, że sekretarka jej nie słyszy.
- Sant-Andre – w głośniku rozległ się głęboki głos mężczyzny
- Dzień dobry panu, Emma Ludbrook. - dziewczyna przełknęła nerwowo ślinę. Oczami wyobraźni widziała władcza posturę Rafaela i jego świdrujące ogromne zielone oczy. Ten facet to uosobienie władzy i męskości, a ona nawet przez telefon nie potrafi oprzeć się jego czarowi, co cholernie ją wkurza. - Chciał się pan widzieć ze mną i Jaredem,- odchrząknęła nerwowo - ale obawiam się, że nie wyrobimy się w ciągu godziny. Dopiero jadę po niego na komisariat.
- Dopiero teraz? – głos Sant-Andre brzmiał zbyt spokojnie.
- Pomyślałam, że przyda mu się nauczka – mruknęła bardziej do siebie niż do niego Emma.
- Dobrze – Sant Andre nadal był bardzo spokojny – Jak tylko go stamtąd wyciągniesz, przyjedźcie do mnie. Musimy porozmawiać. Gdybyście potrzebowali prawnika albo były jakiekolwiek problemy kontaktuj się z Brooke.
- Panie Sant-Andre... - Emma chciała coś wtrącić, ale prezes nie miał ochoty tego słuchać.
- Porozmawiamy w moim gabinecie – warknął tylko i się rozłączył.
- Kurwa -Emma oparła głowę o kierownicę. - No to się wpakowaliśmy.


***

Dźwięk otwieranej celi był w tej chwili dla Jareda najpiękniejszym dźwiękiem świata. Popatrzył z wdzięcznością na klawisza, który właśnie rozkuwał mu kajdanki. Jared podejrzewał, że policjanci, którzy aresztowali ich w nocy, wcale nie musieli zostawiać ich skutych na całą noc, ale zrobili to aby utrzeć nosa „gwiazdeczkom” jak ich pomiędzy sobą nazywali.

- Jest Pan wolny, panie Leto. - warknął niezbyt przyjemnie funkcjonariusz.
- A ja? - Farrell poderwał się ze swojej pryczy.
- Ty nie – odpowiedział klawisz – kaucja została wpłacona tylko za pana Leto.
- Ale... - Farrell popatrzył ze zdziwieniem na Jareda, który tylko wzruszył ramionami.
- Wychodź pan – klawisz pchnął Jareda w stronę wyjścia z celi.
- Spokojnie, zajmę się tym – powiedział jeszcze Jared do przyjaciela. Wziął z pryczy swoją marynarkę i wyszedł z celi.

Przeszedł za funkcjonariuszem długim wąskim korytarzem bez okien i wszedł do poczekalni, którą mgliście pamiętał z ich nocnego przyjazdu. Była duża, owalna i utrzymana w kolorze jasno zgniłej zieleni. Oświetlona energooszczędnymi żarówkami spowita była przytłumionym światłem. Na ścianach wsiały portrety pamięciowe przeróżnych kryminalistów i zbirów. Przez moment Jared bał się, że wisi tam teraz i jego zdjęcie. Odsunął jednak os siebie tę absurdalną myśl i jeszcze raz rozejrzał się po pomieszczeniu.

W przeciwnym końcu, opierając się o biurko funkcjonariusza dyżurnego stała Emma. Towarzyszył jej wysoki muskularny blondyn w ciemnym dobrze skrojonym garniturze. W ręku trzymał teczkę z jakimiś papierami. Rozmawiali o czymś z ożywieniem z policjantem, w którym Leto rozpoznał mężczyznę przesłuchującego go godzinę temu. Wysportowanego młodego policjanta o jasnobrązowych włosach, piwnych oczach, który po przesłuchaniu powiedział mu, że jego dziewczyna uwielbia ten stary serial z Leto w roli głównej. Ku rozpaczy Jareda chodziło mu na pewno o „Moje tak zwane życie”, produkcje, której młodszy Leto szczerze nienawidził i o której pragnął wreszcie zapomnieć. Teraz miał jednak większe problemy na głowie. Nie wiedząc czego się spodziewać, podszedł za klawiszem do stojących ludzi.

- O, jest pan już – policjant odwrócił się do Jareda z uśmiechem– dzięki Joe – skinął głową klawiszowi. - Pański adwokat przekonał sędziego do ustanowienia kaucji, pani Ludbrook ją wpłaciła, może pan iść do domu.
- Yyyy – Jared sam nie wiedział co powiedzieć. Czuł się cholernie głupio i nie potrafił spojrzeć Emmie w oczy. W dodatku nie wiedział, że ma prawnika. - Dziękuje. A co z Colinem? - Przypomniał sobie o przyjacielu.
- Nikt się z nami jeszcze nie kontaktował w jego sprawie. Osoba do której w nocy dzwonił pan Farrell nie odebrała telefonu. Za sześć godzin będzie miał prawo do następnego. – odpowiedział policjant – Cóż, a już państwa opuszczę. Mam nadzieje, że się więcej nie zobaczymy w takich okolicznościach panie Leto. Do widzenia. - Zasalutował, uśmiechnął się do Emmy i odszedł.
- Okej – tym razem odezwał się blondyn w garniturze, który jak domyślał się Jared, był jego prawnikiem. – Ja już zrobiłem co swoje. Też się z państwem pożegnam.
- Chwileczkę... - Jared zwrócił się do niego – czy mógłby pan jeszcze wyciągnąć Colina?
- Panie Leto – adwokat odchrząknął wyraźnie zmieszany i spojrzał na Emmę – Pracuję dla Consorcium Sant-Andre. Wykonuję polecenia pana prezesa Sant-Andre, a on wyraźnie powiedział, że to pana mam wyciągnąć. Przykro mi.
- Ale...
- Panie Leto, polecenie to polecenie. Przepraszam.
- Cholera – Jared przeczesał ze zdenerwowania włosy.
- Zatem do widzenia – adwokat podał najpierw rękę Emmie, potem Jaredowi. - Polecam się na przyszłość. - Rzucił jeszcze i odszedł.


Jared został sam na sam z Emmą. Żadne z nich się nie odzywało. Ludbrook patrzyła na młodego Leto i chyba czekała aż to on coś powie.

- Emma, ja... - zaczął Jared
- Przestań – uniosła tylko z irytacją rękę i ruszyła przed siebie – idziemy.
- A co z Colinem? - Jared podreptał za nią.
- Dorosły jest da sobie radę – warknęła.
- Ale ja mu obiecałem... - zaczął Leto.
- W dupie mam, co mu obiecałeś! – Emma odwróciła się gwałtownie w jego stronę – W tej chwili mamy cholerny burdel do ogarnięcia i pierdole to, co się dzieje z Twoim jebanym kumplem. Mamy cholerne kłopoty Leto i to twoja pierdolona wina! - wybuchnęła.
- Emma... - Jared bardzo rzadko widywał Emmę aż taką rozzłoszczoną. Zazwyczaj ciężko było wyprowadzić ja z równowagi.
- Po prostu się zamknij.
- Emma! - Jared nie wytrzymał. - Chyba zapominasz kto tu dla kogo pracuje. Jesteś moją asystentką, a ja ci mówię, że masz załatwić adwokata dla mojego przyjaciela, bez dyskusji.
- Słuchaj no ty – Emma prawie zadławiła się z gniewu. - Jak zaraz nie ruszysz dupska, to możesz już nie potrzebować asystentki.
- Co? - Leto zupełnie jej nie rozumiał
- Dzwonił do mnie Sant-Andre. Chce się z nami widzieć. - powiedziała z rezygnacją.
- Po co? - Leto nadal nie widział w tym wszystkim sensu.
- No zgadnij, Sherlocku. - Emma popatrzyła na niego z politowaniem.
- Myślisz, że chodzi o to zatrzymanie? A co on ma do tego? - zapytał Jared.
- Pracujesz dla niego. - odpowiedziała mu Emma.
- Gówno prawda. Ja tylko nagrywam w jego wytwórni. - zaperzył się muzyk.
- To nie to samo?
- Nie, nie jestem jego pracownikiem.
- Jesteś. Wszyscy jesteśmy. To on nam płaci.
- Tobie płacę ja.
- Z jego pieniędzy.
- Z pieniędzy, które zarabiam!
- Jezu, Jared! To tylko semantyka. Prawda jest taka, że gość trzęsie całym tym biznesem. Doskonale to wiesz. Wszyscy jesteśmy zależni od niego i jego wytwórni. A on w tej chwili jest cholernie wkurzony. Czeka na nas od trzech godzin.
- Co?
- Dzwonił do mnie jak po ciebie jechałam i chciał się widzieć za godzinę. To było prawie 4 godziny temu.
- To która jest teraz godzina?
- 12:30
- Cholera. Masz moje rzeczy z depozytu?
- Telefon i portfel?
- Tak
- Mam. Nie chcieli mi ich wydać bez Ciebie, ale Harvey to załatwił.
- Harvey?
- Harvey Scott, adwokat.
- Skąd on się tu wziął?
- Sant-Andre go przysłał.
- Z jakiej racji?
- Jared, opowiem ci wszystko po drodze, tylko chodź już. I masz, przydadzą ci się - wyjęła z torby ciemne okulary i podała mu je – na zewnątrz czeka stado paparazzich.
- Nie można stąd wyjść jakoś tyłem?
- Podobno nie. Ruszaj. Im szybciej będziesz miał to za sobą tym lepiej.


***

Rafael siedział w swoim gabinecie, przeglądając szkic nowej umowy, którą zamierzał dzisiaj przedstawić Jaredowi Leto, kiedy rozdzwoniła się jego komórka. Spojrzał na wyświetlacz i uśmiechnął się sam do siebie. Na ekranie wyświetlało się zdjęcie uśmiechniętej, rozczochranej Arianny. Chociaż na zdjęciu nie było tego widać Rafael, doskonale pamiętał, że miała wtedy na sobie tylko jego białą koszulę. Pamiętał też, kiedy zrobił to zdjęcie. Ich ostatni wspólny wyjazd. Arianna miała dość upalnego Los Angeles, więc Rafael zabrał ją do swojego domu w Alpach. Spędzili tydzień tylko ze sobą, kochali się, jeździli na nartach, znów się kochali, chodzili na spacery i kochali się.


Przebudził się, ale nie otwierając jeszcze oczu, przekręcił na bok wyciągając rękę i szukając obok siebie ciała ukochanej. Zamiast tego wymacał puste miejsce w pościeli. Niechętnie otworzył oczy i podniósł się z posłania. Rozejrzał się po sypialni. Naprzeciwko łóżka, przed wielkim panoramicznym oknem stała Arianna. Ubrana w jego białą koszulę, oparta o szybę patrzyła przed siebie. Słysząc, że się obudził odwróciła się do niego i uśmiechnęła. Wygramolił się z pościeli i podszedł do niej.

- Wstałeś wreszcie? Nie chciałam cię budzić. Tak słodko wyglądasz, gdy śpisz. - pogłaskała go po twarzy, nie kryjąc przy tym lekko drwiącego uśmiechu.
- Byłem zmęczony – uśmiechnął się do niej lubieżnie, jasno dając do zrozumienia, czemu był zmęczony i wziął ją w ramiona – zmarzniesz.
- Powiedział goły facet – odpowiedziała i oboje zaczęli się śmiać. Arianna obróciła się w jego ramionach, jeszcze raz spoglądając na roztaczającą się przed nimi panoramę – pięknie tu jest. Dziękuje. - oparła głowę o jego pierś.
- Za co? - zapytał całując jej włosy 
- Że mnie tu przywiozłeś
- Za to dziękowałaś mi już co najmniej sto razy w ciągu ostatnich trzech dni. Musisz przestać to robić. Stajesz się przewidywalna, a to stanowczo nie w Twoim stylu. - Znów pocałował ją w głowę.
- Chce tylko żebyś wiedział, że jestem Ci wdzięczna.
- Wystarczy mi uśmiech na Twojej twarzy. Tak rzadko się ostatnio uśmiechałaś. Tutaj znów jesteś radosna.
- Jestem szczęśliwa.
- Chce żebyś byłaś szczęśliwa.
- Z tobą zawsze jestem. - obróciła się znów w jego stronę - Kocham Cię.
- Ja Ciebie też. - odpowiedział patrząc jej głęboko w oczy. Oparł czoło o jej czoło. - Jesteś taka piękna. Opuszkami palców delikatnie gładził jej policzek. - Piękna. - Nagle odsunął się od niej i wyprostował - Chcę zrobić Ci teraz zdjęcie. - Powiedział, sięgając po leżący na stoliku telefon.
- Zdjęcie? - Aria popatrzyła na niego jak na wariata.
- Tak, zdjęcie. - odpowiedział włączając aparat.
- Nie lubię zdjęć. - marudziła
- Wiem, ale potraktuj to jako ostateczne podziękowanie za to, że Cię tu przywiozłem. - posłał jej ten swój chłopięcy uśmiech i puścił oko.
- Ej, to nie fair – wydęła dolną wargę w udawanym niezadowoleniu.
- Fair, fair. Uśmiechnij się. No już! - wycelował w nią obiektyw telefonu, a ona roztrzepała włosy i uśmiechnęła się do niego szeroko.
- Zadowolony?
- Bardzo. - odpowiedział rzucając telefon na kanapę i ponownie biorąc ją w ramiona. - Wiesz, świetnie wyglądasz w tej koszuli.
- Tak? - zapytała kokieteryjnie
- Tak. Lepiej wyglądałabyś tylko bez niej. - Delikatnie błądził dłonią po jej udzie.
- Zamierzasz coś w tej kwestii zrobić?
- Zdecydowanie – Wymruczał jej do ucha po czym zaczął ją namiętnie całować opierając o chłodną taflę szyby.


Rafael energicznie potrząsnął głową chcąc wyrzucić z niej erotyczne wspomnienia. Nikt nie potrafił tak odciągnąć jego myśli od pracy jak Arianna. Chwycił telefon i nacisnął zieloną słuchawkę.

- Słucham Cię, skarbie – rzucił na powitanie
- Cześć – w słuchawce usłyszał radosny głos Arianny – zajęty jesteś?
- Cześć. Nie bardziej niż zwykle.
- A nie znalazłbyś czasu na szybki lunch ze swoją dziewczyną? – oczami wyobraźni Rafael widział jak Arianna uśmiecha się w tej chwili zalotnie i bawi się włosami. Zawsze tak robiła, kiedy próbowała go do czegoś namówić.
- Na to zawsze znajdę czas. - zaśmiał się – Ale, czy Ty go masz?
- Dzisiaj wyjątkowo tak – odpowiedziała – Tak mało ostatnio spędzamy ze sobą czasu, pomyślałam...
- Jasne. Jesteś w redakcji? - zapytał – wpaść po ciebie?
- Jeśli możesz.
- Będę za 20 minut. Do zobaczenia.
- Okej, to czekam. Do zobaczenia, skarbie.

Włożył telefon do kieszeni i wstał zza biurka. Był zadowolony,że Arianna do niego zadzwoniła. Ostatnio rzeczywiście mało spędzali ze sobą czasu. A on cieszył się każdą chwilą. Wyszedł z gabinetu i zwrócił się do swojej sekretarki.

- Przełóż moje najbliższe spotkanie na jutro albo na popołudnie i niech nikt mi nie przeszkadza przez najbliższe dwie godziny.
- Wychodzi pan? - zapytała niepewnie
- Tak
- Ale dzwonił właśnie Harvey – popatrzyła na niego z przestrachem – powiedział, że z Leto wszystko załatwione. Wpłacili kaucje i wyszedł. Dzwoniła też jego asystentka, jadą tutaj.
- Niech poczekają – rzucił tylko i ruszył w stronę windy.

Brooke popatrzyła za oddalającym się prezesem. Czasem zachowywał się jak wyjątkowy cham. Najpierw przez pół dnia czekał na Leto i jego asystentkę, kazał im tu pędzić na złamanie karku, wysyłał do nich swojego najdroższego prawnika, a potem olewał na dwie godziny, żeby jak domyślała się Brooke spotkać się ze swoją dziewczyną. Tylko ona mogła być powodem jego nagłego wyjścia, tylko dla niej potrafił od tak rzucić wszystko.

Pół godziny później w gabinecie na najwyższym piętrze pojawili się Emma i Jared. Młody Leto wyglądał po prostu okropnie. W niczym nie przypominał tego eleganckiego, przystojnego faceta, który niecałe dwadzieścia cztery godziny wcześniej uśmiechał się do niej kokieteryjnie czekając na wejście do gabinetu Rafaela Sant-Andre. Teraz nie w głowie było mu flirtowanie. Miał pomięte, przepocone i brudne ubranie, rozciętą i spuchniętą wargę oraz guz na lewej skroni. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniały podkrążone zmęczone oczy i niezadowolona mina. Jego asystentka tez nie wyglądała na szczęśliwą. Brooke z lekką dozą ironii zauważyła, że panna Ludbrook raczej nie przygotowywała się dzisiaj na wizytę w gabinecie prezesa. Ubrana była w stare sprane jeansy i za duży rozciągnięty sweter. Zero makijażu, a włosy na głowie zawiązane w niedbały kok. Taki wygląd raczej im nie pomoże w starciu z prezesem.

- Przyszliśmy do prezesa – powiedziała do sekretarki.
- Pana prezesa chwilowo nie ma. Proszę zaczekać – odpowiedziała spokojnie Brooke, zastanawiając się przez chwile, czy nie powiedzieć im, że Sant-Andre wróci dopiero za półtorej godziny i nie wysłać ich pod prysznic i do garderoby.
- Jak to nie ma – odezwał się nagle poirytowany Leto – kazał nam tu przyjść i go nie ma?!
- Proszę się nie denerwować – kobieta spojrzała mu w oczy – pan prezes ma ważne spotkanie, musiał wyjść. Niedługo wróci. Napiją się państwo czegoś?
- Nie, dziękujemy – odpowiedziała Lodbrook
- Właściwie to... - zająknął się Leto – jeśli to nie problem to ja poproszę kawę.
- Oczywiście. Nie ma problemu – odpowiedziała przyjaźnie Brooke. Wstając kierując się w stronę aneksu kuchennego.


Pół godziny później Jared i Emma nadal siedzieli na białych skórzanych fotelach w poczekalni gabinetu Rafaela Sant-Andre, nie odzywając się do siebie ani słowem. Wszystko co mieli sobie do powiedzenia wypowiedzieli, a właściwie wykrzyczeli sobie w samochodzie blondynki. Rozwścieczona Emma wyzwała Jareda, od niedojrzałych gówniarzy i rozkapryszonych gwiazdorów z przerośniętym ego, a on w przypływie wściekłości przypomniał jej, że gdyby nie on Lodbrook byłaby teraz impresario jakiegoś podrzędnego boysbandu z Północnej Karoliny, albo w ogóle by jej tu nie było, bo deportowali by ją do jej rodzinnej Australii.

Jared czuł rosnącą irytację, głowa bolała go coraz bardziej, czuł się źle z tym, że wygląda jak ostatni menel i wkurwiało go to, że ten pożal się boże prezes najpierw ściąga ich tu na łeb na szyję, a teraz olewa w najlepsze. Spojrzał na Emmę, chcąc jej zasugerować, aby jakoś ruszyła tę sytuację, ale blondynka ostentacyjnie wpatrywała się w wiszący przed nią emblemat z logiem wytwórni i nie zwracała na muzyka uwagi. Jeszcze tego mi brakowało, pomyślał zirytowany, obrażonej baby. Podniósł się z fotela i podszedł do sekretarki.

- Przepraszam – uśmiechnął się do niej przymilnie – nie wie pani kiedy szef wróci? My naprawdę nie mamy dużo czasu.
- Proszę pana, jak prezes wróci to pan to na pewno zauważy – odpowiedziała mu blondynka nie odrywając nawet wzroku od ekranu komputera.
- A nie mogłaby pani do niego zadzwonić i zapytać kiedy to będzie? - Jared nie dał zbić się z tropu opryskliwą odpowiedzią.
- Szef nie lubi, gdy mu się przeszkadza – Brooke tym razem uraczyła Leto przelotnym spojrzeniem.
- Rozumiem, ale sama pani wie, że to ważne. - nalegał Jared.
- Proszę pana, niech pan usiądzie i poczeka.
- Błagam panią.
- Dobrze, już dobrze, niech panu będzie.

Brooke podniosła słuchawkę telefonu i wystukała numer. Nie do prezesa, wiedziała doskonale, że jeśli prezes jest teraz w towarzystwie swojej dziewczyny, a ona by im przerwała, to pierwsze co Sant-Andre zrobi po powrocie to wyrzucenie jej na bruk. To była kolejna z zasad, których sekretarka nauczyła się przez te lata. Jeśli szef mówi, „ nie przeszkadzać” to ma a myśli „nie przeszkadzać” i jeśli powiedział, ze wróci za dwie godziny, to tak zapewne będzie.

Wybrała za to jeden z numerów wewnętrznych o których wiedziała, że jest nieużywany po czym odegrała przed Leto mały teatrzyk. Wyśmienicie się tym w duchu bawiąc.

- Dzień dobry, panu - rzuciła do słuchawki, w której słyszała tylko monotonne piiip
- Pan Leto już dotarł do wytwórni, chciałabym zapytać kiedy możemy się pana spodziewać – powiedziała, po czym pamiętając o zostawianiu chwili ciszy na „odpowiedzi po drugiej stronie” rzuciła jeszcze – dobrze, rozumiem, dziękuję.
- Pan prezes będzie za godzinę – powiedziała do Leto znów wracajac do stukania w klawiaturę komputera
- Jak to za godzinę?
- Spotkanie się przedłużyło, wypadło coś ważnego
- Ale my tu czekamy
- Panie Leto, szef ma na głowie nie tylko tą wytwórnie, ale jeszcze kilkanaście innych spółek, nie można przewidzieć wszystkiego, proszę czekać.
- Nie będę tu czekał jeszcze godzinę!
- Zrobi pan jak chce, ale ostrzegam pana, ze jeśli wyjdzie pan stąd w tej chwili to już pan tu nie wróci.
- Jared – do rozmowy wtrąciła się Emma – uspokój się i siadaj. Poczekamy.
- To może Ty poczekasz, ja nie mam zamiaru siedzieć tu jeszcze godzinę i kręcić młynka palcami. - Jared odepchnął zasłaniająca mu drogę Emmę i ruszył do wyjścia z sekretariatu. Za chwilę usłyszał za sobą kroki. Nie musiał się odwracać, by wiedzieć, ze to Emma.
- Leto – zawołała za nim
- Co? - odwrócił się gwałtownie
- Co Ty wyprawiasz?
- Co ja wyprawiam? – zaperzył się wściekły muzyk – co on wyprawia? Wpierdala się tam gdzie go nie potrzeba, ściąga nas tutaj na złamanie karku, a potem olewa jakby był, kurwa, nie wiadomo kim. Nie mam siły i ochoty tu siedzieć. Pierdole to wszystko. Jadę do domu. - rzucił i poszedł w stronę windy.
- Jared – głos Emmy brzmiał nagle groźnie i stanowczo – Jeśli wrócisz teraz do domu, to możesz od razu zacząć szukać nowej asystentki.
- Co? - Leto stanął jak wryty. Odwrócił się znów do niej. Stała tam gdzie ją zostawił, w odległości kilku metrów od niego.
- Słyszałeś co powiedziałam.
- Nie możesz odejść.
- Mogę i zrobię to, jeśli Ty mnie teraz nie posłuchasz.
- Czemu?
- Bo mam dosyć tego gówna i nie zamierzam po raz kolejny oberwać za Ciebie.
- Emma...
- Decyzja należy do Ciebie.
- To jest szantaż?
- Nazywaj to jak chcesz.
- Nie zrobisz tego.
- Zrób jak uważasz, a się przekonasz.
- Kurwa – rzucił tylko Jared pod nosem, po czym ruszył przed siebie wymijając Emmę i wracając do poczekalni.

                                                                                            
Hello :)
I jest wreszcie kolejny. Troszkę to trwało, ale nareszcie skończyłam. Po przeczytaniu całości stwierdzam, że może odrobinę zbyt często pada w nim słowo "kurwa", ale nie będę tego zmieniać. W sumie całkiem dobrze oddaje to w jakiej bezsensownej i frustrującej sytuacji znaleźli się Emma i Jared. 
Nie wiem czy mniejsza ilość komentarzy pod poprzednim rozdziałem jest spowodowana tym, że był on niesłychanie kiepski, czy może Wy jesteście tacy leniwi i nie chce Wam się nic napisać?
Niby liczba wyświetleń ciągle rośnie, a odzew taki malutki. Miło byłoby wiedzieć czy Wam się podoba, czy może wchodzicie tu, łapiecie się za głowę i pytacie sami siebie "co to za gówno?" i wychodzicie. ;)

7 komentarzy:

  1. Cały weekend czekam na nowy i w końcu dodałaś. Mam nadzieje że Leto nie narobił sobie dużych kłopotów . Życze weny xoxo.
    Kiedy będzie nowy ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że jeszcze w tym tygodniu skończę nowy. ;)
      pozdrawiam

      Usuń
  2. Bardzo dobry rozdział. Podoba mi się Emma, chociaż za tą rzeczywistą nie przepadam. Tutaj ma charakter i fajnie się czyta fragmenty o niej. Czekam na spotkanie Leto i Pana Prezesa, coś mi mówi, że będzie się działo. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki:) Mnie się Emma wydaje właśnie taka jak w tym opowiadaniu. Tzn twarda babka, która ogarnia wszystko i wszystkich i dzięki której Leto jest w stanie bez przeszkód dotrzeć z punktu A do punktu B. Tutaj, w sumie w ostatniej chwili, dodałam jej jeszcze słabość do Pana Prezesa, żeby było ciekawiej. ;)

      Usuń
  3. Jest świetnie :) czekam na kolejny ! umiesz przykuć uwagę czytelnika, nawet dużą ilością "kurw" ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. kiedy nowy ? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powoli kończę go pisać. Mam nadzieję na skończenie go dzisiaj, ale nic konkretnego nie obiecuje. W każdym razie, w przyszłym tygodniu będzie już na pewno.

      Usuń